2020-12-05
2020-12-04
Stefania Gardecka

Wspomnienie o Ludwiku Flaszenie

W niedzielę 25 października o 9:22 rano zadzwonił do mnie Jarek Fret (dyrektor Instytutu im. Jerzego Grotowskiego) i ściszonym głosem powiedział, że wczoraj, w sobotę 24 października 2020, w Paryżu o 7:00 wieczorem zmarł Ludwik.

Jak pamiętam Ludwika? Jako skradającego się do biura wesołego człowieka. Poruszał się ostrożnie, jak leśniczy w lesie, jakby obawiał się czegoś. Nie za często przychodził do biura, a jak przychodził, to pytał mnie: „Stefeczko – tak się do mnie zwracał – powiedz, co ci się śniło?”. Sny tłumaczył po freudowsku. Wtedy nieustająco śniłam o wielkiej wodzie: że pływam w niej swobodnie, a nawet nurkuję w głębinach, choć pływać wówczas nie umiałam. Ten motyw wody towarzyszył mi przez całą młodość, Ludwik tłumaczył oczywiście, że symbolizuje „macierzyństwo”, a my z Olą (Piech) śmiałyśmy się, bo było to tak odległe. Miałyśmy po dwadzieścia kilka lat, dopiero zaczynałyśmy życie. Ale to dziwne, bo gdy urodziłam syna, to sny o wodzie ustały.

Z korespondencją, na którą Ludwik miał odpowiedzieć na prośbę Grota, najczęściej jeździłam do niego do domu przy Pereca 21, później na Legnicką. Ludwik był człowiekiem refleksyjnym i pewnie dlatego na te odpowiedzi musieliśmy bardzo długo czekać, czasem mu wysyłałam telegramy, aby się pospieszył. Zawsze był kłopot z wyegzekwowaniem od niego odpowiedzi na czas. Grot nalegał, aby użyć wszelkich sposobów, żeby uzyskać odpowiedź na listy. No, ale jakie ja mogłam mieć środki egzekucji? Perswazja i czekanie.

Irenka (Kozaczka-Flaszen), jego żona, miała swoje sposoby. Podobno zamykała go na klucz w bibliotece, gdy redakcje czasopism upominały się o artykuł czy książkę i nie otwierała, dopóki nie wywiązał się z zobowiązania. Skuteczna metoda, skoro kilka książek napisał. Nie wiem, jak radziła sobie z nim Monika Blige, redaktorka książki Grotowski & Company. Wiedli we Wrocławiu i Paryżu długie rozmowy, niekiedy, wspominała mi, bardzo żywiołowe, ale skutek był pozytywny.

Jego biblioteka na Legnickiej to był pokój zabudowany regałami na wszystkich ścianach, ze stołem, który otrzymał od Grotowskiego. Gdy kiedyś tam nocowałam, na materacu pośrodku pokoju, i patrzyłam na te książki wokół mnie, myślałam, że jeśli półki się zbuntują i runą na mnie, to nie ujdę z życiem. Ale przeżyłam – nie runęły. Jak się okazało, książek było siedem tysięcy.

Na początku mojej pracy w Teatrze Laboratorium mieliśmy dwudniową nasiadówkę, jeszcze w sekretariacie na ostatnim piętrze. Była jakaś afera z prasą zachodnioniemiecką, po pobycie zespołu w RFN na Olimpiadzie, po której pojawił się artykuł wymagający sprostowana. Inaczej groziłyby nam kłopoty w Polsce. Do pomocy został ściągnięty Jerzy Falkowski, którego pióro cenili Ludwik i Grot. Siedzieliśmy całą noc. Pisałam na maszynie to, co Grot mi dyktował, nieustannie nanosząc poprawki. W pewnym momencie Ludwik poczuł się tak zmęczony, że poszedł za kotarę, żeby się skupić, ale zdradziło go głośne chrapanie. Budziłam go, prosząc, aby tak głośno nie chrapał, ale niewiele to pomogło. Padł. I spał. Skończyliśmy o 5:00 rano – słońce wschodziło, pustki na ulicach miasta, wzięliśmy taksówkę z placu Solnego i pojechaliśmy na dworzec coś zjeść. Siedziałam z przodu, panowie z tyłu cały czas się śmiali. Mimo zmęczenia humory im dopisywały, mnie zresztą też, opowiadali jakieś abstrakcyjne kawały. Byłam wykończona fizycznie, ale w jakimś stanie uniesienia. Oni też. Jakby duch święty w nas wstąpił.

W 1974 roku lecieliśmy do Sydney, podróż trwała w sumie 33 godziny, z międzylądowaniem gdzieś w Bangkoku. Podczas lotu Jędrzej Sell, nasz dyrektor administracyjny, podchodził do Ludwika i mówił: „Ludwicok (tak go nazywał) słyszysz, jeden silnik nie pracuje, ten z twojej strony, podobno jest awaria”. Ludwik nasłuchiwał cały w nerwach i powadze, mówił: „Jędrzeju, naprawdę i co teraz zrobimy?”. Na to Jędrzej: „Musimy się przesiąść do tyłu”. Ludwik traktował to serio, chciał się przesiadać. Żal mi go było: „Panie Ludwiku, Jędrzej żartuje, nic się nie dzieje”. Uspokoił się wówczas.

W 1981 w okolicach Palermo wraz profesorem Benem Mazzonem pojechaliśmy oglądać ważne ruiny, chyba świątyni słońca. Upal był duży. Zespół obejrzał kolumny i wrócił do mikrobusu, a Ludwik z profesorem stali godzinę i debatowali nad napisami, które znaleźli na kolumnie. Nie widzieli świata poza nimi. Byliśmy źli na Ludwika, że musimy czekać, nie było nawet, gdzie się schronić. Pustkowie zupełne. Nas bardziej interesowała teraźniejszość niż ruiny sprzed wieków. Rysiek (Cieślak) nalegał, aby ściągnąć Ludwika, ale gdy wspięłam się na wzgórze, nie byłam w stanie przerwać im rozmowy. Nic do nich nie docierało. Zaprzyjaźnili się na wiele lat. W Palermo Ludwik poprowadził swoje pierwsze warsztaty, byłam ich ciekawa. Myślałam: literat, od teorii przechodzi do praktyki. Odwrotnie niż aktorzy, bo oni od praktyki do teorii. Staszek (Scierski) zawsze się lekko podśmiewywał z Ludwika w tej materii, więc chciałam się przekonać, co on tam robi. Wejść nie mogłam, stałam więc pod drzwiami i słuchałam, jak śpiewali. Ludwika głos wybijał się ponad inne. Że Włosi mają wrodzone zdolności wokalne to wiedziałam, ale że Ludwik tak pięknie operuje głosem nie. Również i on używał terminu „krzyk pierwotny”, z którego z Inką Dowlasz nie wiem dlaczego, śmiałyśmy się. Gdy stażyści wracali z warsztatów późną nocą, ulice miasta rozbrzmiewały pieśniami śpiewanymi pełnym głosem. Palermo wiedziało, że jakiś teatr jest w mieście.

Podczas którychś z kolei indywidualnych warsztatów Ludwika prowadzonych we Włoszech otrzymałam telefon, że Ludwik zerwał ścięgno Achillesa i ma założony gips, i że wraca do Wrocławia. Miałam go odebrać z lotniska. Pojechałam. Gdy go zobaczyłam, to dostałam ataku śmiechu, nie mogłam się powstrzymać. Bawiła mnie powaga, z jaką traktował to zdarzenie. Ludwik był zgorszony moim zachowaniem, ja zresztą też. Ze swoim dostojnym cierpieniem przypominał mi bezradne dziecko. Mężczyźni też cierpią. Zawsze myślałam, że nic ich się nie ima, że są tacy niepokonani. Ludwik powiedział mi, że podczas warsztatów w ferworze pracy podskoczył wysoko, (miał wtedy pięćdziesiąt jeden lat), mówił to z dumą, tak wysoko, ale jakoś nieszczęśliwie noga wylądowała na twardej podłodze i zerwało mu coś w pięcie. Było to bolesne. Gips nosił sześć tygodni. Dopiero teraz wiem, jakie to jest bolesne.

Zaprzyjaźnił się z grupami teatralnymi w Bolonii i Palermo, jeździł do nich często, by tam prowadzić pracę, czasami reżyserował. Mówił już po włosku, znał francuski, więc było mu łatwo.

Ostatnie spotkanie odbyliśmy po śmierci jego żony Ireny 3 grudnia 2014 roku. Mieszkanie należało przygotować do sprzedaży. Spotykaliśmy się w nim wiele razy od grudnia 2014 do jesieni 2015 roku. To był smutny czas. „Co zrobić z tak dużym księgozbiorem?” – pytał Ludwik. „Trzeba oddać białe kruki do Ossolineum, a pozostałe do Instytutu Grotowskiego”. Tak się stało, z tą różnicą, że wszystkie książki oddano do Instytutu. 12 października 2018 roku Jarosław Fret w dawnej „dwójce” Teatru Laboratorium, później Sali Kinowej Ośrodka Grotowskiego, otworzył Czytelnię im. Ludwika Flaszena, gdzie zawisły portret Ludwika wykonany w 1961 roku przez Waldemara Krygiera oraz zdjęcie Irenki Flaszenowej, która dbała o książki przez cale swoje życie. Teraz też czuwa. Trzy miesiące zajęło Brunonowi Chojakowi odkurzenie i skatalogowanie księgozbioru. Teraz książki prezentują się okazale, w specjalnych solidnych oszklonych regałach. Na otwarcie Czytelni Jarosław Fret przywiózł z Paryża nagranie przemowy Ludwika na tę okoliczność. Ludwik mówił wolniej niż zwykle, poważnie, ale z wyrafinowanym poczuciem humoru, pojawiały się długie przerwy, ale ogólnie był w dobrej formie.

Smutno będzie bez Ciebie, Ludwiku!

 

O autorce