2020-06-09
2020-10-28
Beata Szady

Praca w teatr

Fot. Paweł Salamucha

Do celebrowania sztuki i odgrzebywania historii upodobali sobie stodoły. Scenografia chłopska, ale żaden to wiejski teatrzyk. Niby sielsko, ale tematyka trudna. Ewa i Robert Wasilewscy postanowili tworzyć teatr tożsamościowy – poprzez sztukę opowiadają o przeszłości Mazur i zadają pytanie: a ty kim jesteś?

Stodoła

Chochół. To tutaj latem 2017 roku na deskach stodoły wystawiono po raz pierwszy Bramę. To drugi spektakl zrealizowany przez Wasilewskich w tym miejscu, czwarty w ich dorobku. Stodoła jest pozostałością po Nadleśnictwie Chochół, niedaleko mazurskiej miejscowości Świętajno. Dawniej była schronieniem dla koni pracujących w lesie. Nieopodal stała leśniczówka, która spłonęła w latach osiemdziesiątych XX wieku. Stodole udało się przetrwać. Budynek ma dwieście trzydzieści metrów kwadratowych, konstrukcję ryglową (układ drewnianych słupów i belek tworzących regularną kratownicę, której przestrzeń wypełnia cegła), dwie duże drewniane bramy, dachówkę i wymaga generalnego remontu. Mimo jej stanu w XXI wieku nadano stodole nowe życie. Dziś jest salą koncertową, galerią sztuki, a przede wszystkim teatrem.

Brama

Robert Wasilewski ukuł na potrzeby spektaklu Brama dwie nośne sentencje. Pierwsza: „Marzenia niestety się spełniają”. Druga: „Talent w czasach zarazy”. Brama to historia dwóch młodych biednych mazurskich talentów, samorodnych geniuszy artystycznych w czasie II wojny światowej. Michel jest multiinstrumentalistą – czegokolwiek się dotknie, na tym gra, ale najbardziej upodobał sobie skrzypce. Emma, jego siostra, jest malarką – fantastyczną, wychodzącą poza ramy. Ich talenty zwracają uwagę niemieckich władz powiatowych, którzy fundują rodzeństwu specjalne stypendium umożliwiające kształcenie się w wyższych uczelniach artystycznych Królewca. Egzaminy zdają celująco. Szkopuł w tym, że za chwilę – dokładnie 26 sierpnia 1944 roku – rozpocznie się bombardowanie miasta. Wielki świat młodych artystów, do którego ledwie co wkroczyli, wali się na łeb, na szyję i przestaje istnieć. Ciach! Tak właśnie często bywa z talentami w czasach zarazy.

Inspiracją dla Wasilewskiego były szczątki prawdziwej historii mazurskiego chłopaka z Jeleniowa (malarka jest postacią fikcyjną). Opowiedziała mu ją Greta Jasionowska – sąsiadka Burdinskich, kobieta dziś prawie stuletnia, o niebywałej trzeźwości umysłu. Teatralny Michel to jej brat.

– Utkwił mi w głowie jeden epizod z ich życia – mówi Robert. – Jak stanęli razem przed ogromną bramą Wyższej Szkoły Muzycznej w Królewcu – jedynej takiej uczelni w całych Prusach Wschodnich. Brama była monumentalna, dla nich niewyobrażalnie dystyngowana, szykowna, wielka. Greta Jasionowska akcentowała to mocno. Moim zadaniem było wyobrazić sobie, jak oni się dostają do tego wielkiego świata. I czym on dla nich jest.

Brat

I ja słyszę od Grety Jasionowskiej historię jej brata.

– On od dziecka grał. Do szkoły brał harmonijkę, w przerwie grywał, wszystkie dzieci się koło niego bawiły – mówi, przeglądając album rodzinny. – Tatuś kupił mu akordeon, ale najlepszy był ze skrzypiec. Jak miał egzaminy w Królewcu, to musiał na skrzypkach, po nutach. Egzaminy miał w 1943 roku. Ja już wtedy wyjechałam z domu do pracy za Królewiec. Byłam blisko, więc na egzaminy poszłam z nim. Zdał najlepiej ze wszystkich. Za szkołę trzeba było płacić sto dziesięć marek. Mówię nauczycielowi z komisji, że nasz tatuś w lesie zarabia dziewięćdziesiąt, skąd wziąć pieniądze na szkołę? Powiedział, że mam się nie martwić, on już to załatwi. Brat dostał stypendium. Pięćdziesiąt marek płacił starosta, trzydzieści – Związek Młodzieży. Osiemdziesiąt marek to było coś! Tylko w zamian tatuś musiał podpisać deklarację, że po szkole brat wróci w rodzinne strony i będzie nauczycielem w Szkole Muzycznej w Szczytnie.

W czasie bombardowań Królewca bratu Jasionowskiej udaje się uciec do Niemiec. Już nie wróci na stałe do Jeleniowa. W Niemczech będzie zwykłym robotnikiem, a pogrywać na instrumentach będzie tylko w domu i u znajomych. Swoją rodzinną wieś odwiedzać będzie rzadko.

– Co tutaj przyjechał, to płakał. Tam musiał pracować na budowie, a tutaj byłby nauczycielem muzyki. Taka niesprawiedliwość losu – kończy Jasionowska.

Dom

Kobyłocha. Wieś turystyczna na Mazurach nazywana alternatywnie Kobylochą. W oficjalnych dokumentach figuruje pod tą pierwszą nazwą. Wśród lokalnej, szczególnie starszej, społeczności obowiązuje raczej ta druga. Ponoć jakiś urzędnik popełnił błąd w pisowni i tak już zostało. To tutaj mieszkają Wasilewscy – twórcy teatru.

Na pierwszym planie taras, w tle dom i las. Robert – drobny, siwy, często z mycką na głowie – siedzi przy stole. Ewa – w szerokiej sukience, z krótkimi włosami, w okularach – pędzi z truskawkami.

Na Mazurach mieszkali w różnych miejscach: na strychu u dziadków (bo zwolniła go rdzenna ludność, wyjeżdżając do Niemiec) i w źle wycenionym bloku w Szczytnie (wszyscy się na niego rzucili, bo był bardzo tani). Nawet kupili siedlisko na Warmii. Piękne miejsce, ale do szkoły daleko. Ostatecznie sprzedali wszystko i rozpoczęli budowę domu w Kobyłosze. Ewa znała to miejsce z dzieciństwa. Urodziła się w pobliskim Szczytnie. Z rodzicami jeździła tutaj na wakacje.

Zdecydowali się na Kobyłochę z powodu Natury 2000. Mieli pewność, że nikt niczego dziwnego tutaj nie postawi. Wprowadzili się w 2010 roku.

Robert:

– To nie było moje wymarzone miejsce. Ja tu po prostu spadłem.

A skoro już spadł, chce dać coś z siebie lokalnej społeczności.

Szkoła. Die Schule

To był rok 2012. Ich pierwszy spektakl. Niedaleko ich domu, na skrzyżowaniu stała dawniej szkoła. Powstała w 1906 roku, spłonęła czterdzieści lat później. Często chodzili na spacery koło tego miejsca. W głowie Roberta kiełkowała myśl.

– Pomysł był taki, żeby zrobić spektakl wspólnie z mieszkańcami Kobyłochy. Chcieliśmy postawić tę szkołę na nowo, ale nie wybudować, tylko przywołać historię, ożywić wspomnienia, zasiać ferment. Marzyliśmy, żeby ten teatr zaludnić rzeczywistymi postaciami związanymi z tym obiektem.

Złożyli wniosek do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Napisali w nim, że do współpracy zapraszają społeczność lokalną. Dostali dofinansowanie. Zaczęli działać.

Ewa:

– Okazało się jednak, że mieszkańcy Kobyłochy wcale nie są chętni. Nasz pomysł był… w sumie nie wiem jaki. Utopijny? W każdym razie wsi nie wydał się interesujący. I owszem – mieliśmy sporo osób, które współtworzyły ten spektakl, przedstawiały tę szkołę, ale byli to ludzie głównie ze Szczytna. Szkoła. Die Schule potraktowałam więc jako niepowodzenie. Ale teraz, kiedy nam to wychodzi, jest poczucie szczęśliwości i sukcesu, myślenie o niepowodzeniu minęło. Już o tym zapomniałam.

Dzika jabłoń

Po Szkoła. Die Schule ruszyła lawina. Robert Wasilewski co roku pisze nowy scenariusz, a Ewa – kolejny wniosek o dofinansowanie spektaklu (dlatego do tej pory wstęp był zawsze za darmo). Poza tym robią warsztaty aktorskie i scenograficzne. Do tworzenia teatru zapraszają zarówno aktorów laików, jak i tych zawodowych oraz reżysera. Taka jest koncepcja teatru Wasilewskich – żeby amatorzy grali z zawodowcami. Oprawą muzyczną zajmuje się cała ich rodzina. Robert gra między innymi na cymbałach, altówce i fletach pasterskich, Ewa i starsza córka Iga – na skrzypcach, młodsza Kaja – na klarnecie. Razem tworzą Rodzinną Kapelę Wasilewskich.

Drugi w dorobku Wasilewskich spektakl – Dziką jabłoń – grano w małej stodole w Jerutkach na Mazurach, która należy do Fundacji Kreolia – Kraina Kreatywności. Jej prezeska Joanna Gawryszewska – bardzo energiczna babeczka, pełna pasji, wielka społecznica, szalenie pomocna kobieta – robi wszystko, żeby ożywić małą wioskę Jerutki. To dlatego przejęła od gminy stodołę, a później budynek szkoły. W tym ostatnim mieści się obecnie Spółdzielnia Socjalna Bulwar, która serwuje obiady, w dawnym budynku gospodarczym funkcjonuje przedszkole, a stodółka jest Sceną Pod Skrzydłem.

Jerutki to miejsce mojego pierwszego zetknięcia z Wasilewskimi. Opowiada mi o nich Michał Szczerbic – scenarzysta Róży, reżyser Sprawiedliwego, producent – i daje do nich namiar. Panowie znają się dobrze – Wasilewski tworzył muzykę do jego filmu.

O Dzikiej jabłoni przeczytam zapowiedź w „Dzienniku Teatralnym”:

Opowieść mocno zakorzeniona w ludowej tradycji Mazurów nie jest pozbawiona trudnych momentów z historii tutejszej ludności. Wykorzenieni, poniżeni, dzicy. Dlaczego dzicy? Każdy chciał z tych ludzi stworzyć coś nowego, co w rezultacie sprawiło, że po dziś dzień tutejsi ludzie zastanawiają się, kim są. Niemcami? Prusakami? Przesiedleńcami z Kurpi i Mazowsza, a może zza Buga? W przedstawieniu szukamy odpowiedzi na te pytania.

Już mi się podoba.

Kłobuk

Na razie stoję w tłumie widzów przed stodołą w Jerutkach. Czekamy na sygnał, że możemy wejść do środka. Z głośników sączy się mowa mazurska. Kobieta tłumaczy nam, czym jest kłobuk. To dobre wprowadzenie do spektaklu, szczególnie dla tych, którzy mało wiedzą o historii i kulturze tych terenów.

Kłobuk, nazywany również latańcem, chobołdem, złym, z jednej strony był na usługach diabła, z drugiej zaś opiekował się gospodarstwem, jeśli jego właściciele o niego dbali (na przykład wystawiali mu na próg jajecznicę na boczku). Jak pisze Edward Cyfus, najczęściej przybierał postać zmokłej czarnej kury. Nie zabiegał o duszę człowieka. Za swoje usługi wymagał jedynie troskliwej opieki. Niektórym gospodarzom potrafił ukraść wszystko – zboże, słoninę, pieniądze, złote przedmioty, płótno – żeby zanieść to swoim żywicielom. Związek z kłobukiem zawsze był fatalny, bo nie udawało się rozejść w zgodzie. Szczęśliwy więc był ten, kto nigdy nie miał z nim do czynienia.

Wreszcie możemy wejść do stodoły. Miejsca niewiele. Ciemno. Tajemniczo. Intrygująco. Gdzieniegdzie tylko kolorowe światła. Zaczyna Katarzyna Siergiej: „Nie pluntać mi się tu! No!”. Pełne skupienie. W kłobuka wciela się Mateusz Witczuk. Wówczas oboje są aktorami Teatru Dramatycznego w Białymstoku (a reżyserem spektaklu jest Jacek Malinowski, dyrektor Białostockiego Teatru Lalek). Amatorzy raczej grają w scenach zbiorowych. Jednak kiedy oglądam młodego Adama Bocianiaka, nie wiem, do której grupy aktorów go przyporządkować: laików czy profesjonalistów. Kiedy grzmi ze sceny: „Ja myślę, że nic nie potoczyłoby się inaczej, i jeszcze ci to kiedyś udowodnię!”, jest tak przekonujący jak Dorota Sumińska broniąca zwierząt. I pyka fajkę, jakby miał w tym pięćdziesiąt lat doświadczenia. W oczy rzuca się też drobna i ruda Marta Szyszko, która dziś jest żoną Bocianiaka. Skacze, wymachuje nogami, trochę udaje pajaca, bo taka jej rola. W Dzikiej jabłoni nie pokazała swoich możliwości. Będzie miała okazję w kolejnych przedstawieniach.

Aktorzy

Kiedy dwa lata później pytam Bocianiaków, co teatr Wasilewskich zrobił z ich życiem, Adam jest już studentem Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie Filii w Białymstoku. Marta ciągle próbuje się dostać. Tematyka spektakli Wasilewskich to była dla nich nowość.

Marta:

– W domu nie pytałam o historię regionu, bo dziadkowie szybko pomarli. Nie słyszałam też o tym w szkole. Chociażby na lekcji historii brakuje treści regionalnych.

Potwierdzają to badania historyczki Izabeli Lewandowskiej zebrane w książce Historyczna świadomość regionalna. Z badań nad młodzieżą licealną Warmii i Mazur. Jednak mimo małego zakresu treści regionalnych realizowanych w szkołach, „uczniowie najwięcej wiadomości dotyczących kultury i dziejów regionu uzyskują właśnie od nauczyciela podczas lekcji”. Czyli jeżeli w ogóle mówi się o historii tych terenów, to raczej nie w domu, a w szkole.

Adam przyznaje:

– Ze znajomymi nigdy nie zastanawialiśmy się, kim byli ci Mazurzy, jak to było dawniej. Dopóki Wasilewscy nie poruszyli tego w spektaklu, ta tematyka była mi obca. Ja nawet nie wiedziałem, co to kłobuk.

Z publikacji Lewandowskiej wynika, że młodzież licealna nie ma rozeznania w dziejach regionalnych, a także w kulturze i gospodarce regionu, nie zna też lokalnych postaci. Jeżeli chodzi o dziedziny historii, które interesują uczniów najbardziej, to różnica pomiędzy historią powszechną a historią Polski jest niewielka (sześćset siedemdziesiąt sześć wskazań do sześciuset trzech), jedynie historia regionu jest wybierana o wiele rzadziej (trzysta pięćdziesiąt osiem). Badania Lewandowskiej pochodzą z początku XXI wieku. Podobne przeprowadziła Janina Mazur w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Wynika z nich, że zainteresowanie historią regionalną było jeszcze niższe. Dużo niższe: w latach siedemdziesiątych – 8,5 procent, w 1981 roku – 4,2 procent.

Marta i Adam dopiero dzięki teatrowi usłyszeli o historii tych ziem (wtedy też Marta zaczęła wypytywać mamę o przeszłość swojej rodziny). W spektaklach nie wszystko rozumieli. Wtedy z pomocą przychodził Robert.

– Był dla nas chodzącą encyklopedią – przyznają Bocianiakowie.

Widzowie nie mają się już tak dobrze. Nie dla wszystkich sztuki są zrozumiałe. Brakuje bazy, backgroundu, podstawowych informacji. I to chciałaby zmienić Lewandowska jako specjalistka w dziedzinie edukacji regionalnej. Chciałaby, żeby więcej historii regionu było przekazywanej na lekcjach w szkole.

– Czy świadomość regionu rośnie? – pytam historyczkę.

– Nie. Raczej się zmniejsza, bo odchodzą osoby, które pamiętają czasy przedwojenne. Brakuje żywej historii, osób, które mogłyby ją przekazać. Studenci dzisiaj są trzecim pokoleniem tu urodzonym. Dla nich druga wojna światowa czy przesiedlenia to jest głęboka historia.

Tym bardziej istotna jest działalność Wasilewskich. Ostatnio po raz pierwszy w swojej historii zorganizowali pokazy spektaklu tylko dla uczniów z regionu, wcześniej jeździli po szkołach z wykładami wprowadzającymi. Tym samym wcielili się w rolę nauczycieli.

Ein Volk

Spektakl Dzika jabłoń to dla mnie zderzenie dwóch światów. Bogdan i Sofía żyją na dobrze sobie znanej wsi mazurskiej pełnej tradycji, wierzeń i zabobonów. Są młodzi, zakochani, planują wspólną przyszłość. Śmierć Bogdana zwiastuje koniec starego świata. Wtedy powraca on – kłobuk – i sieje ferment. Przynosi nowe: cywilizację, technologię, ale też ideologię, która grzmi z nowoczesnego, jak na ówczesne czasy, radia. Ideologia hitlerowska ma tutaj posłuch. To właśnie w Prusach Wschodnich Hitler w latach trzydziestych ma największe poparcie. Trudno się dziwić, bo to za jego rządów pieniądze płyną tutaj szerokim strumieniem. Mazurzy są zadowoleni – po raz pierwszy są bliżej świata. Tak jakby bagna przestały istnieć. Człowiek z nowego świata mówi Sofíi: „Zamieszkam z tobą. Będziemy żyć jak nikt inny tutaj. Koniec z tą duchotą cuchnącą rybą […]. My jesteśmy stworzeni do wielkich rzeczy. Niebo spadnie, a my będziemy zapalać nowe słońca”.

Jednak wcale nie jest łatwo uwieść Mazurów. Przynajmniej na to wskazuje spektakl. W którymś momencie z trzewi wydobywają się ich pragnienia i wierzenia. W sercu trzymają tradycję. Sofía, zbierając żurawinę, nie może – zgodnie z przesądem – rzucić butem przez lewe ramię, bo jest boso. Dziadek jak zwykle czyta Poradnik na dni szczęśliwe. Mazurzy lękają się tego, co nowe. W związku z koleją pytają: „A oczy oślepną, jak się pojedzie koleją, czy nie?”. Takie mają pytania, lęki, tradycje. Oto oni.

A człowiek z innego świata, który przyszedł tutaj wraz z nową ideologią, wykrzykuje: „Mazurski bełkot! Wy tutaj wszyscy nie zasługujecie na naszą pomoc. Grzebiecie się w tych swoich bagnach i piachach i wyciągacie nic niewarte historie. A wszystko mi jadno! A gówno! A ide se! Tyle tylko potraficie. Chołota! […] Wypalimy te mazurskie plugastwo. Do korzenia!”. I przegania Mazurów, bo przecież oni nie pasują do hasła „Ein Volk, ein Vaterland!” (Jeden naród, jedna ojczyzna). Więc Mazurzy biegają z walizkami w tę i we w tę i zastanawiają się, kim są.

Nie udaje się wypalić korzeni. Przynajmniej w spektaklu. Drzewo życia – dzika jabłoń – nie pozwala odejść dawnemu światu. A kolejne pokolenie Mazurów czyta Poradnik na dni szczęśliwe.

Regionalizm

Komentarze po spektaklach bywają różne. „To swoista lekcja historii, bo nawet ludzie stąd nie znają przeszłości tych ziem”, „Ten teatr nie tylko uświadamia, ale i rozładowuje emocje. Taki cel sztuki – łagodzić obyczaje”, „Mam nadzieję, że te spektakle pozwolą nam łatwiej odbudować tożsamość”, „Niepokoi mnie w tych sztukach nastrój mazurskiej idylli”, „O co w tym chodzi? Jaki kłobuk?”.

Ewa Wasilewska:

– Nikt do tej pory nie robił tutaj teatru w takiej formule. Ludziom to się kojarzy z jakimś teatrzykiem, a to są poważne kwestie. Nawet jak się nie zrozumie, to cała ta sceneria, muzyka, klimat budzą emocje. To wystarczy.

Robert Wasilewski:

– Nie wiem, w jakim momencie dziejowym jesteśmy teraz. Wydaje mi się, że w dobrym. To jest krzywa rosnąca. Widzimy to nie tylko po teatrze, ale też, powiem obrazowo, po nagłym zachłyśnięciu się regionalizmem przez nas, tutaj mieszkających. My robimy to od dawna. Mogę powiedzieć, że do pewnego momentu byliśmy osamotnieni. Niewiele było osób, które próbowały grzebać w tkance historycznej. Teraz widzę, że mnóstwo ludzi się tym zajęło. Z jednej strony widzę to zjawisko, z drugiej zaś nadal uważam, że nie ma tego wrośnięcia w region.

Po sztukach podchodzą ludzie. Różni. Na przykład Niemcy stąd, którzy akurat są na wakacjach. Budzi to ich przeszłość. Zaczynają wspominać. Stają się sentymentalni. Mówią, że są to potrzebne rzeczy. Przychodzą też młodsi i nie potrafią powiedzieć, co przeżyli.

– Podszedł do mnie wczoraj czterdziestoletni facet i mówi: „Musiałem wyjść w trakcie. Coś pękło” – mówi Robert. – Ryczał jak bóbr. Ja z nim.

Kim jesteś?

Wasilewscy teatr tożsamościowy robią również dla siebie. Dzięki niemu chcą bardziej wkopać się w tę ziemię.

Ewa:

– Potrzebuję utożsamienia się z tym terenem.

Robert:

– Odkrywając lokalne opowieści, próbujemy zrozumieć, gdzie jesteśmy.

Robert pochodzi z Warszawy, choć wychował się w atmosferze gór (dlatego mówi, że jest zgórwielem). Ewa jest stąd. Jej historia jest dość typowa dla tych terenów. Urodziła się na Mazurach jako pierwsze pokolenie w rodzinie, ale korzenie ma wileńsko-kurpiowskie.

– Moja mama jest z Wileńszczyzny. W 1957 roku przyjechała tutaj z rodziną bezpośrednio z Syberii. Miała trzynaście lat. Osiedlili się w Szczytnie. Ojciec pochodził z północnego Mazowsza. Czyli z biedy. Tutaj się poznali. I choć urodziłam się tutaj, ewidentnie czuję, że jestem bardzo mocno z Wileńszczyzny, o której dziadkowie i mama ciągle opowiadali. Kurczę, no nie mam poczucia tej ziemi… I wydaje mi się, że nigdy go mieć nie będę.

Dyskusja

Tradycją stało się, że po każdym spektaklu Wasilewskich jest spotkanie twórców z widzami. Chętnych do wzięcia w nich udziału jest coraz więcej. Nie są to słodkie rozmowy, tylko rzeczowa wymiana myśli. Po premierze Bramy zażarta dyskusja trwała ponad godzinę.

Głos pierwszy:

– Jadę na Mazury, żeby szukać jakiegoś odprężenia, a tutaj się nie da. Taka ciężka tematyka. To, co porusza pan w sztuce, jest nam, Mazurom, może źle powiedziałem – ludziom wychowanym na Mazurach, bo Mazurów de facto już nie ma, ani Warmiaków – dobrze znane.

Głos drugi:

– Mój dziadek przybył na te tereny, kiedy nastała tu Polska. Jako dziecko słyszałam tylko o tym, że ktoś po wojnie przyszedł tu mieszkać. Wśród znajomych mojego dziadka wszyscy skądś przyszli. Opowiadano, że domy były puste, szukano pracowników, więc ludzie przychodzili. Ale nikt nie mówił, kto przedtem w tych domach mieszkał. Dopiero niedawno zaczęłam tę wiedzę zgłębiać. To jest ważne, żeby mówić o tym, co było przed.

Rozmowa nabiera ostrości.

Głos trzeci:

– Sztuki są skupione na Mazurach. We wszystkich trzech spektaklach, które widziałem, ten świat zewnętrzny jest bardzo, bardzo jednoznacznie zły, jakby grubą kreską rysowany.

Głos czwarty:

– Najważniejsza rzecz, i to do Roberta: niepokoi mnie w tych sztukach to, że Mazury są taką idyllą, że tutaj mieszkają sami dobrzy ludzie, życie płynie, przychodzi obcy i to rozwala. Ja kocham tę mazurską idyllę, jestem nią zafascynowany, badam ją tak jak Robert, szukamy podobnych rzeczy, ale nie da się ukryć, że to, co się dzieje tutaj w 1945 roku, jest także winą ludzi, którzy tutaj mieszkają. I nieważne, czy oni mają polskie nazwiska, czy przyszli tutaj trzysta czy czterysta lat temu.

Robert:

– Dla mnie jest pewne, że losy zwykłych ludzi są proste. Chciałbym, żeby to zabrzmiało i wybrzmiało: to, co jest prawdą, jest prawdą, to, co jest złem, jest złem, to, co świństwem, jest świństwem. Ważne są rozmowy sąsiedzkie, które stabilizują normalność życia. Są to rozmowy o żonach, o hemoroidach, o bimbrze, który się nie udał, o tym, że jak Kopkowej krowa zadarła w piątek ogon, to w niedzielę jej opadł. To jest takie proste życie, które nie ulega głębszej deformacji, o ile nie ma zewnętrznej siły. Dla mnie to jest prosty mechanizm: są dwie strony – ja i sąsiad – i my sobie damy radę. Ale jak nam trzeci zacznie mieszać, napuszczać, judzić, wykręcać rzeczywistość, to nam się robi wojna. Celowo przerysowuję to zewnętrze, żeby pokazać, że całym złem tego świata dla mnie jest ta siła, która próbuje destruować, która próbuje fałszować normalne relacje ludzkie.

Głos piąty:

– Ja rozumiem, że rozmawiamy o stereotypach. Tak widzę tych bohaterów – oni są stereotypowi. Ten stereotyp też nie bierze się znikąd. On jest chyba wszechobecny. Mówię tutaj o takim stereotypie jak Rusek, Niemiec, Żyd. Kwestia zarzutu to pytanie o naszą odpowiedzialność: na ile my, powielając te stereotypy, je umacniamy?

Głos szósty:

– Taka rola widza, żeby pokazywać możliwe odczytania. Wydaje mi się, że to, co się dzieje tutaj, ma funkcje nie tylko teatralne. To jest nie tyle odtwarzanie tożsamości, ile jej budowanie na nowo. Ale dlaczego budujemy tę tożsamość na antyniemieckości czy antyrosyjskości? Ja rozumiem, że z perspektywy całej sztuki to są obrzeża zupełne, ta antyniemieckość i antyrosyjskość, ale one, szczególnie zarysowane tak grubą kreską, pokazują, że my się świetnie czujemy, byleby ten świat zewnętrzny do nas nie docierał.

Głos siódmy:

– To, co Robert próbował pokazać, przynajmniej ja to tak odbieram, to jest wycinek. To będzie niedoskonałe, bo zależy od tego, kto na to patrzy, jaką ma wiedzę historyczną, jakie ma podejście do różnych tematów. Niemiec na pewno by to przedstawił inaczej, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale to nie jest film dokumentalny, tylko sztuka, za którą chciałbym serdecznie podziękować.

Robert:

– A ja powiem tak: ludzie starsi potrzebują przepracowania. Róża Wojciecha Smarzowskiego to jest za mało, by taką terapię zastosować. Powinniśmy o tym rozmawiać. Z tego właśnie budzi się zalążek tożsamości. Nie zbudujemy nic, jeżeli zostawimy to z tyłu i będzie to tkwiło jak kolec w sercu.

O autorce

***

Spis spektakli

zrealizowanych przez Wasilewskich pod opieką Stowarzyszenia Twórców i Orędowników Kultury ANIMA w Kobylosze (facebook.com/AnimaKultura)

(w porządku chronologicznym)

Szkoła. Die Schule

Reżyseria, scenariusz: Agnieszka Korytkowska-Mazur; na podstawie tekstów Roberta Wasilewskiego, Judy Budnitz, W.G. Sebalda oraz tradycyjnych-ludowych; wizualizacja multimedialna: Sylwester Łuczak, Urszula Milanowska; scenografia: Bartosz Myślak – rzeźby, Katarzyna Wolicka – batik, Marcin Banat – instalacje i formy przestrzenne, uczestnicy warsztatów artystycznych – realizacja projektu scenografii; współpraca plastyczna i graficzna: Olga Kokoryn, Arkadiusz Dziczek, Przemysław Kozak; muzyka: Robert Wasilewski; wykonawcy muzyki: Kwintet Instrumentów Dętych A. Tomaszczyka, Kaja Wasilewska;  występują: Beata Fudalej, Barbara Prokopowicz, Bartosz Mazur, Wolfgang Niklaus, Robert Wasilewski; uczestnicy warsztatów aktorskich; premiera: 11 sierpnia 2012, las w Kobyłosze

Dzika jabłoń

Scenariusz: Robert Wasilewski, inspirowany prozą Siegfrieda Lenza; reżyseria: Jacek Malinowski; muzyka: Robert Wasilewski, scenografia: Bartosz Myślak; konsultacja kostiumograficzna: Ewa Helman-Szczerbic; aranżacja muzyczna: Aleksandra Tomaszczyk, Iga Wasilewska; występują: Katarzyna Siergiej, Mateusz Witczuk oraz uczestnicy warsztatów teatralnych: Marta Szyszko, Marek Czajka, Maciej Zawisza, Marcin Majewski, Wojciech Grochowalski, Adam Bocianiak, Agnieszka Zaleska, Kaja Wasilewska; premiera: 24 lipca 2015 na Scenie Pod Skrzydłem w Jerutkach

Z samego nieba ide k’wam

Scenariusz: Robert Wasilewski; reżyseria i dramaturgia: Romuald Wicza-Pokojski; scenografia: Bartosz Myślak; kostiumy: Ewa Helman-Szczerbic; muzyka: Robert Wasilewski; aranżacja muzyczna: Iga Wasilewska, Aleksandra Tomaszczyk, Wolfgang Niklaus; występują: Wioleta Karpowicz, Krystian Wieczyński, Marek Tyszkiewicz oraz Marta Szyszko, Agnieszka Zalewska, Martyna Chomuszko, Justyna Bulicka, Iga Wasilewska, Kaja Wasilewska, Adam Bocianiak, Marcin Majewski, Robert Wasilewski, Krzysztof Berendt, Szczepan Chrzanowski; wykonawcy muzyki: Chór pod kier. Joanny Gawryszewskiej, Schola Węgajty pod kier. Wolfganga Niklausa, Zespół Saks Szczytno pod kier. Aleksandra Tomaszczyka, Kapela Rodziny Wasilewskich; premiera: 5 sierpnia 2016 w Stodole Chochół na Mazurach

Brama

Scenariusz: Robert Wasilewski; reżyseria: Agnieszka Korytkowska-Mazur; dramaturgia, inscenizacja: Romuald Wicza-Pokojski; scenografia: Bartosz Myślak; muzyka: Robert Wasilewski, Iga Wasilewska; występują: Iga Jambor-Skupniewicz, Krystian Wieczyński, Marta Andrzejczyk, Marta Szyszko, Kaja Wasilewska, Szczepan Chrzanowski, Adam Bocianiak, Maciej Zawisza, Krzysztof Berendt; premiera: 23 sierpnia 2017 w Stodole Chochół na Mazurach

Zające na kordonie

Scenariusz: Robert Wasilewski; reżyseria: Krystian Wieczyński; konsultacja reżyserska: Romuald Wicza-Pokojski; scenografia: Bartosz Myślak; muzyka i wykonanie: Kaja i Iga Wasilewskie, Martyna Chomuszko, Zespół SAKS, występują: Marek Tyszkiewicz, Krystian Wieczyński, Maciej Zawisza, Iga Jambor – Skupniewicz, Marta Andrzejczyk, Marta Bocianiak, Agnieszka Reimus -Knezevic, Adam Bocianiak, Adam Lisewski, Robert Wasilewski, Marek Czajka, Agnieszka Zaleska, Iga Wasilewska, Marcin Majewski, Wojciech Szewczak, Adam Mierzejewski, Mariusz Gruchała i uczestnicy warsztatów; premiera: 29 lipca 2018 w Stodole Chochół na Mazurach

Majnegóry
Słuchowisko na żywo

Scenariusz: Robert Wasilewski; reżyseria: Romuald Wicza-Pokojski; scenografia: Bartosz Myślak; efekty akustyczne: Adam Bocianiak; muzyka: Robert Wasilewski, Iga Wasilewska; pomysły muzyczne i wykonanie: Ewa i Kaja Wasilewskie, Monika Paśnik-Petryczenko, Adam Cudak; reżyseria dźwięku: Andrzej Brzoska; realizacja nagrania: Radio Olsztyn, Trójka – Polskie Radio; występują: Katarzyna Siergiej, Marta Bocianiak, Andrzej Żak, Mateusz Witczuk, Grzegorz Pacewicz; premiera: 24 sierpnia 2019 w Stodole Chochół na Mazurach

W zapowiedziach:
Spektakl premierowy Ring 1920
Prezentacje spektakli, spotkania autorskie w przestrzeni wirtualnej Stowarzyszenia Twórców i Orędowników Kultury ANIMA