2019-11-20
2019-12-06
Radek Stępień

Nie był cały sobą

Piszę te słowa prawie dziesięć lat za późno.

Niecałe dziesięć lat temu, jako szesnastolatek, byłem w stanie cytować duże fragmenty tekstów Grotowskiego z pamięci, uciekałem ze szkoły na całe tygodnie, by w czytelni wrocławskiego Instytutu zanurzać się w tym, co pozostawił po sobie człowiek, którego uważałem nie tyle nawet za najbardziej wartościowego, ile raczej jedynego wartościowego twórcę teatru. W tamtych czasach byłem w stanie pisać dziesiątki stron egzegez słów człowieka, którego miałem za mojego osobistego mistrza. Jako licealista odrobiłem dzięki Grotowskiemu lekcje z fanatyzmu – byłem w niego zapatrzony tak, jak tylko można być zapatrzonym w drugiego człowieka. Widziałem samego siebie jako jego jedynego prawdziwego ucznia, egzegetę i kontynuatora – wszystko to na pięć lat przed rozpoczęciem jakiejkolwiek praktycznej pracy reżyserskiej. Jednak „tamte czasy” (sam widzę głupotę używania takich słów przez człowieka w moim wieku) zatarły się jakoś w mojej pamięci – do myśli z okresu między szesnastym a dziewiętnastym rokiem życia nie mam prawie dostępu, podobnie jak nie ma się dostępu do myśli z okresu wczesnego dojrzewania, kiedy mózg zalewa zupa hormonów i robi się rzeczy, których potem nie sposób racjonalnie wytłumaczyć.

Nie umiem już z czystym umysłem czytać Grotowskiego – kiedy zabierałem się do pisania, zdjąłem z półki egzemplarz Tekstów zebranych i próbowałem znaleźć ślady przygody, jaką była dla mnie ta książka. Wtedy każdy z jej „rozdziałów” pochłaniałem z zapartym tchem podkreślając większość zdań i zapisując całe marginesy skojarzeniami.

Teraz, rozpoczynając czytanie któregokolwiek z tekstów, uruchamiam połączenia neuronowe, które wykształciłem dawno temu – wiem, do czego dąży każdy akapit, nie ma już we mnie ciekawości, a nawet jeśli trafię na coś, co z perspektywy kilku lat przepracowanych w salach prób wydaje mi się cenne, za chwilę czytam to jeszcze raz i widzę tylko puste komunały.

Coś się zagubiło, coś się przepaliło – być może nie potrzebuję już figury autorytetu, być może nie mogę znieść wspominania samego siebie z okresu fascynacji. Nic mnie nie obchodzi „możliwość teatru”, tyle razy już sprawdzona i zastosowana. Nie mogę czytać o „akcie całkowitym” czy „święcie” – nie umiem pozbyć się wrażenia nadpisywania przeznaczonej na sprzedaż ideologii do czegoś, co ma szansę wydarzyć się każdemu, kto w teatrze pracuje szczerze. Denerwuje mnie ukazywanie prostych spraw jako alchemicznych kluczy, nie mogę nie zadawać sobie co i rusz pytania, po co o tym pisać – a co za tym idzie: po co o tym czytać?

Nie szukam już w Grotowskim przewodnika po świecie teatru – jego estetyka stała mi się obca, jego technika pracy jest nie do zastosowania w warunkach, w których sam pracuję, jego komunikat artystyczny jest niemal nie do wyczytania w natłoku sprzedawanej przez niego i Flaszena ideologii.

Czy w ogóle pozostało coś dla mnie w tekstach Grotowskiego? Przecież ostatecznie był to człowiek, który w swojej teatralnej praktyce rzeczywiście dotarł do granicy dziedziny, w której sam teraz pracuję i poszukuję. Nie jest chyba możliwe, żebym nie znalazł tam już nic cennego. Nie mogłem jako nastolatek wyczerpać tej studni.

Jeśli czasem jeszcze wracam do tekstów Grotowskiego, to czytam te ostatnie wydane za jego życia: Reżyser jako widz zawodowy, Montaż w pracy reżysera, „Tu es le fils de quelqu’un”, Od zespołu teatralnego do Sztuki jako wehikułu czy przemówienie z okazji nadania doktoratu honoris causa. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że te właśnie teksty, tworzące jakby ostatni korpus jego dzieła pisanego, są jak gdyby jednym tekstem, przeżywaniem i przeżuwaniem w kółko tych samych motywów, mających źródło w tym samym miejscu – przeczuciu granicy. I tym razem nie jest to „granica teatru”, jaką z wielkim hukiem burzył Grotowski otwierając etap pracy nad parateatrem – tym razem chodzi o coś więcej. Jakby zbliżając się do granicy życia, czując, że „zaczyna mu majaczyć profil jego śmierci”, musiał koniecznie zdobyć się na jakieś ostatnie opus, jakąś „meta-autobiografię”, która ocali jego zapadające się bios.

Przypomina mi się inny, ważny dla mnie twórca, który dokonał czegoś podobnego w obliczu przeczucia granicy.

W zadziwiający sposób Ecce Homo – zapis ostatnich świadomych myśli Fryderyka Nietzschego – rymuje się z tym, co funduje swoim niezamierzonym nigdy czytelnikom w korpusie ostatnich tekstów Jerzy Grotowski.

Gdyby Grotowski chciał być tak złośliwy jak Nietzsche, mógłby nawet tytułować każdy z tych tekstów na wzór rozdziałów Ecce Homo.

„Dlaczego jestem taki mądry” – tak mógłby spokojnie nazywać się Reżyser jako zawodowy widz, „Dlaczego jestem tak światły” – „Tu es le fils de quelqu’un”, „Dlaczego piszę tak dobre książki” to świetny zastępnik dla Od zespołu teatralnego do Sztuki jako wehikułu, a „Dlaczego jestem przeznaczeniem” można by zatytułować przemówienie z okazji doktoratu honoris causa.

Podobnie jak Nietzsche w przededniu szaleństwa, Grotowski na kilka lat przed śmiercią nie mówi nic nowego – skupia się na podsumowywaniu, wielokrotnie powtarza własne słowa z poprzednich tekstów, odsyła do nich i do swoich przedstawień, każdym kategorycznym zdaniem umacniając swoją pozycję legendy. Jednak zwraca uwagę pewien szczegół, w którym dzieło Nietzschego i korpus Grotowskiego różnią się zasadniczo. Ecce Homo jest wyzwaniem przeciwko resentymentowi. Egocentryzm autora tej książki to prowokacja rzucona w oczy mieszczańskiemu społeczeństwu. U Grotowskiego tymczasem wyczuwalna jest niemal dobrotliwość skryby, który błaga śmierć o jeszcze trochę czasu, by mógł dopełnić autoegzegezę. Nawet kiedy używa nieprzystających do jego stylu słów, jak burdel czy kurewstwo, robi to z energią tupiącego nogą staruszka, a wynurzenia na temat doskonałości swojego warsztatu reżyserskiego prowadzi tak, jak gdyby ciągle powtarzał sobie w głowie „i dziś, jakbym chciał, mógłbym zrobić świetne przedstawienie”.

Czasem wyobrażam sobie wnętrze głowy Nietzschego piszącego swoją ostatnią książkę – wielki pisarz (bo takim był i za takiego się uważał) pisze o wielkości swojego pisania; piętrząc tautologie stawia monumentalne forty, które ocalą jego bios, gdy przyjdzie śmierć. Jak jednak było z Grotowskim? Wybitny teatralny reżyser (tego nie można mu odmówić), który od niemal dwudziestu lat nie uprawia swojego zawodu, który nawet ostatni etap swojej działalności twórczej przekazał już wybranemu następcy, próbuje się uratować za pomocą – no właśnie czego? Wypowiedzi na sympozjach? Tekstów dyktowanych innym ludziom?

W ostatnich tekstach Grotowski mówi więcej (i konkretniej) o swojej praktyce jako reżysera niż kiedykolwiek wcześniej. Widzi to każdy, kto kiedykolwiek pracował szczerze w tej dziedzinie – Reżyser jako zawodowy widz zawiera więcej wiedzy wywiedzionej z praktyki niż całe Ku teatrowi ubogiemu, z którego głównie wylewa się przeznaczona na eksport pseudomistyka i ideologia. Mimo że Grotowski odszedł od teatru tak daleko jak to tylko możliwe – w jego tekstach i wypowiedziach publicznych z tego czasu teatr wraca pełniej i wyraźniej niż w „okresie przedstawień”.

Wyczuwalna w każdym niemal zdaniu ostatnich tekstów tęsknota za konkretem rzemiosła reżyserskiego nie może nie być echem pragnienia stworzenia dzieła. Dzieła, które musi być stworzone we właściwej dla autora dziedzinie. Bo tylko takie dzieło może stać się prawdziwą meta-autobiografią i ocalić bios w obliczu zbliżającej się śmierci. A do stworzenia takiego dzieła Grotowski skutecznie zamknął sobie drogę: bądźmy szczerzy, byłoby to głęboko niepoważne, gdyby na początku lat dziewięćdziesiątych ogłosił casting do nowego spektaklu. A pokusa czegoś takiego musiała bardzo go męczyć, skoro szkalowaniu takich praktyk poświęca w ostatnich tekstach tyle miejsca.

O ile Nietzsche był stanie zostawić po sobie wskazania „jak się staje, czym się jest”, o tyle Grotowski nie mógł się spełnić w swoich tekstach – w tej dziedzinie nigdy „nie był cały sobą”.

Pozostaje już tylko pytanie: dlaczego tak sprytny człowiek zapędził się w kozi róg, i to tak głęboko, że stał się niewolnikiem resentymentu, powtarzającym, że „teraz to ma w planach tylko śmierć, będzie umierał”. Przecież decyzja o porzuceniu teatru była głęboko przemyślaną konsekwencją jego drogi twórczej. Gdyby po Apocalypsis cum figuris dalej robił spektakle – tym bardziej nie byłby „cały sobą”.

Jednak o ile do pisania o tekstach Grotowskiego zabrałem się dziesięć lat za późno, to i tak jest zdecydowanie za wcześnie, żebym mógł odpowiedzieć sobie na to pytanie. Nie da się ocenić działań sześćdziesięcioletniego człowieka będąc w moim wieku, mając za sobą tylko dwa lata samodzielnej praktyki artystycznej. Ostatecznie sam nie wiem, czy będę zawsze – czy w ogóle jestem – „cały sobą”.

W niemal ostatnim z „tekstów zebranych” wywiadzie pod tytułem To, co po mnie zostanie… Jean-Pierre Thibaudat mówi do Grotowskiego: „Kiedy czytamy pański ostatni tekst […], uderza nas zarówno spójność, jak i ciągłość pańskiej pracy”1. Oczywiście Grotowski nie spuszcza wtedy gardy – znów streszcza swoje życie w sztuce, zapewniając o prawdziwości tezy teatrologa.

Kiedy jednak wyobrażę sobie wnętrze głowy reżysera, opowiadającego po raz kolejny tę samą opowieść, po raz kolejny zapewniającego, że jego praca w teatrze i w dziedzinach z niego wywiedzionych, jest już dawno zakończona, nie mogę pozbyć się wrażenia, że słyszę wysoki głosik Grotowskiego, powtarzający za dawno już umarłym Ciemnym: „Niech sąd nad nami nie będzie zbyt srogi”.

O autorze

  • 1. Jerzy Grotowski: To, co po mnie zostanie… [rozmawiał Jean-Pierre Thibaudat], [w:] tegoż: Teksty zebrane, redakcja Agata Adamiecka-Sitek, Mario Biagini, Dariusz Kosiński, Carla Pollastrelli, Thomas Richards, Igor Stokfiszewski, Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Wrocław – Warszawa 2012, s. 904.