2026-09-15
2026-09-17
Mirosław Kocur

Kamień

Uluṟu (Ayers Rock). Fot. Mirosław Kocur
 

Marta i Piotr biegną. Są młodzi. Młodzi biegają. Ja trzymam się mocno kijków trekkingowych. Na początku też próbuję biec. Ale tylko na początku. Duszę się, więc zwalniam. Do szybkiego marszu. Ciche uderzenia kijów o ziemię przejmują kontrolę nad moim oddechem. Dyszę, ale pędzę.

Mirek miarowo uderza trekkingowymi kijkami w utwardzoną drogę. Biegnie. Próbuje harmonizować rytm kroków z oddechem. Powietrze jest chłodne, może nawet zimne. Jak to we wrześniu. W Australii to pora zimy. Mirek stara się oddychać tylko przez nos. Z każdym wdechem napełnia płuca orzeźwiającą energią. Nie potrafi jednak opróżnić umysłu z natłoku myśli i obrazów.

Kamień myśli: Ciekawe, kiedy Mirek zrozumie, że to nie on myśli, ale raczej jest myślany? 

Mirek myśli: Nawiedzają mnie dziwne zapętlone zdania i strzępy obrazów. Skąd właściwie biorą się myśli? Obrazy i zdania przemykają po mojej głowie w chaotycznym nieporządku. Kto zarządza tym chaosem? Nie ja, bo o niczym tu nie decyduję. Nawet kiedy próbuję wymusić myślenie na jakiś temat, szybko odfruwam w innym kierunku. W moim mózgu panoszy się świadomość. Dręczy mnie myślami, a nawet wymusza moje zachowania i inicjuje podejmowanie bardzo konkretnych działań. Czy świadomość mną manipuluje? Czyja świadomość? Moja? Obca?

Mirek od dawna próbuje się dowiedzieć, co to jest „świadomość”. Ale nikt nie wie. Nawet Roger Penrose. Dręczy Mirka ta niewiedza. Na krótkie chwile potrafi jednak uwolnić się od świadomości. Doświadcza wtedy pustki, jak zaawansowani buddyści. Ktoś jednak szybko wdziera się do tej pustki myślami i obrazami. Kto? Mirek nie wie. Świadomość wraca. I znowu nie wiadomo, co to jest. Mirek raz jeszcze podejmuje desperacką próbę rozbrojenia świadomości. Oddycha. 

Kamień opowiada: Z każdym wdechem Mirek intensywnie wchłania moją ciszę, ciszę Kamienia. 

Marta i Piotr znikają za skalnym załomem. Jest siódma rano. Zimno. Powoli wstaje słońce. Słyszę ciszę. Tylko kijki stukają. Przyspieszam. Oddycham „po kwadracie”, wedle zaleceń Dagi. To taktyka amerykańskich Marines. Cztery kroki: wdech, cztery kroki: wstrzymuję powietrze, cztery kroki: wydech, cztery kroki: wypuszczam powietrze. Po angielsku to się nazywa box breathing. 

Co z Mirkiem? Zwalnia do marszu. Sapie. Chłodne powietrze go zatyka? Za dużo powietrza! Wiatr ma tu wyrazisty smak. Jest gęsty. Mirek mlaska. Smakuje powietrze. We Wrocławiu wiatr niesie toksyny. No i powietrze w Parku Południowym często dziwnie pachnie. We Wrocławiu Mirek nie mlaska. 

Jestem sam. Na pustyni. W samym sercu Australii. Oddycham i szeroko otwieram oczy. Wsysam pustkę czasoprzestrzeni. W Australii doświadczam czasoprzestrzeni w sposób szczególny. Doświadczam? A może to mój własny umysł kreuje dla mnie czasoprzestrzeń? Teraz tego nie rozstrzygnę… Płaski teren ciągnie się tu w nieskończoność. Na horyzoncie powietrze przybiera brązowy kolor ziemi. Niebo odcina się krwawą łuną. Rozglądam się dookoła. Wszędzie widzę nieskończoność. Uluṟu to środek wszechświata.

Jak Mirek tam trafił? Przybył do Australii na badania terenowe i konferencję naukową w ramach programu Inkubator Doskonałości Naukowej „Being Human”. Wyprawę wymyślił i zaplanował Piotr Sorokowski, psycholog ewolucyjny. Kreatywność Piotra w wynajdywaniu tematów badawczych nie zna granic. Należy do najczęściej cytowanych naukowców Uniwersytetu Wrocławskiego. Sercem wyprawy jest Marta Kowal, kiedyś doktorantka Piotra, a dziś asystentka w Instytucie Psychologii. Marta z powodzeniem rozwija pionierskie studia nad psychologią miłości. W Australii znakomicie sobie radzi z ruchem lewostronnym. Po Wrocławiu szaleje na motorze. Duszą wyprawy jest Jerzy Luty, filozof rozwijający estetykę ewolucyjną w Instytucie Psychologii. Jerzy ma wnikliwy intelekt i nieokiełznane poczucie humoru. Trafnie diagnozuje rzeczywistość. Teraz śpi w hoteliku Outback Lodge. 

Ale wracajmy do Mirka. Zwalnia. Nasłuchuje.

Nagle rozpoznaję delikatne dźwięki. Dobiegają z daleka. Od strony Kamienia. To śpiew starych kobiet. Głosy stają się coraz wyraźniejsze. Teraz słyszę bęben. Moje serce wali jak opętane. Z przejęcia. Biegnę w kierunku tego śpiewu. To musi być obrzędowa pieśń aborygeńskich szamanek! Za zakrętem na pewno odbywa się właśnie rytuał rdzennych właścicieli tej ziemi. Przyspieszam. 

Mirek przyspiesza. Czy rzeczywiście słyszy muzykę? Może halucynuje? Dopiero za kilka dni przeczyta, że Aborygeni tradycyjnie spotykają się przed świtem w celu przekazania starej wiedzy. Są tu dwie sławne groty, Kulpi Mutitjulu (Jaskinia Mutitjulu) i Kuḻpi Nyiinkaku (Jaskinia Nauki). Tam o świcie młodzi ludzie poznawali opowieści z „czasów snu”. Mirek nie myśli jednak teraz o jaskiniach. Jego umysł przez chwilę jest pusty. Biegnie i cały jest tym biegiem. 

Biegnę. Buty Hoka świetnie amortyzują energię sprężystą. Lekko odbijam się od drogi. Podniecenie opróżnia mój umysł z przypadkowych myśli. Jestem biegiem.

Mirek biegnie. Śpiew i uderzenia bębna wydają się zadziwiająco realne. Mirek nie ma wątpliwości, że za chwilę zobaczy tańczące Aborygenki. Podobny śpiew usłyszał przed laty na wyspie Mioko w Papui Nowej Gwinei. Trafił wtedy na nocną próbę…chrześcijańskiego chóru kobiet. Trudno się dziwić, że i teraz biegnie. 

Mijam zakręt. Prosto na mnie pędzi sznur grubo ubranych osób na segwayach. Odskakuję w bok. Kobieta na pierwszym segwayu przywiera kurczowo do drążka kierującego. To Japonka. Dygocze. Trochę z zimna, bardziej ze strachu. Ma oczy szeroko otwarte. Kask na jej głowie niebezpiecznie się przechyla. Znam ją! Musiałem ją wcześniej spotkać… A, już pamiętam. Była na platformie widokowej. Inne osoby na segwayach też tam widziałem. Kiedy Japonka mnie mija, zerka z zazdrością na moje kije. Ja paruję od gorąca. Zdjąłem nawet kurtkę. Japonka zaciska zimne dłonie na kierownicy. Patrzy tępo przed siebie.

Wcześniej Mirek, Marta i Piotr podziwiali wschód słońca na platformie widokowej Talinguṟu Nyakunytjaku, co w lokalnym języku pjantjatjara znaczy „miejsce do patrzenia z wydm”. Dotarli tam przed świtem. Na platformie tłoczył się już barwny tłumek lekko przemarzniętych turystów.

Przeważały osoby z Azji. W górę unosił się las rozświetlonych smartfonów. Tam właśnie Mirek spotkał po raz pierwszy Japonkę. Wspięła się na ogrodzenie, żeby lepiej widzieć Kamień w promieniach wschodzącego słońca. Wyciągała właśnie wysoko do góry rękę ze smartfonem. Nagle straciła równowagę. Przed bolesnym upadkiem wybawiła ją koleżanka. Całe zdarzenie przykuło uwagę Mirka. Pewnie dlatego zapamiętał Japonkę. Wreszcie słońce wzeszło za plecami turystów, oświetlając spektakularnie Kamień. Wszyscy zrobili selfie i wsiedli do wypożyczonych aut. Japonka udała się na miejsce zbiórki segwayów. Mirek, Marta i Piotr pojechali na parking przy świętym źródle wody Kapi Matitjulu.

Przyglądam się ludziom na segwayach. Nie emanują szczęściem. Starają się przetrwać kolejną atrakcję turystyczną, skutecznie im jak widać wmówioną. Objeżdżają o świcie sławny Kamień. Cały czas muszą stać nieruchomo i pilnować równowagi. Wyglądają na mocno przerażonych. Nawet na chwilę nie puszczają drążka, żeby zrobić selfie czy choćby przyjrzeć się Kamieniowi. Trochę wieje. Na segwayu zapewne bardziej. Chyba marzną. Tour o świcie trwa dwie i pół godziny. Kosztuje w przeliczeniu na polską walutę około 500 złotych.

Mirek pierwszy raz widzi aż tyle segwayów naraz. Stoi i patrzy.

Patrzę ze współczuciem na sznur pędzących segwayów. Na końcu jedzie przewodnik. Przez ułamek sekundy krzyżujemy wzrok. Rozumiemy się bez słów. Lekkim ruchem głowy przewodnik wyraża szacunek dla moich kijków trekkingowych włoskiej firmy Gabel. Kiwa mi ręką. Ja w odpowiedzi błyskawicznie krzyżuję kijki wysoko nad głową. Przewodnik wybucha głośnym śmiechem. Kamień odbija jego głęboki baryton echem.

Mirek lubi karbonowe kijki trekkingowe firmy Gabel. Są wyjątkowo lekkie. Ważą tylko trzydzieści deka. Pomysłowa technologia „wired” umożliwia złożenie kijów do niewielkich rozmiarów. Mieszczą się w małym plecaku. Czy Mirek jest snobem? Niekoniecznie. Raczej jest naiwny. Desperacko próbuje się upewnić, że kupuje w Internecie tylko to, co najlepsze. Zanim złożył zamówienie, przejrzał dziesiątki rankingów. Czytał recenzje „ekspertów”. Wydawało mu się, że wybrał najlepsze kijki. Kiedy jednak odebrał przesyłkę z InPostu, przeczytał na anglojęzycznej stronie internetowej, że zdaniem ekspertów amerykańskich najlepsze kije trekkingowe produkuje niemiecka firma Leki. Nie śmiejmy się z Mirka. Szybko się ogarnął i ostatecznie polubił kijki Gabel. 

Powraca cisza. Wsłuchuję się uważnie w Kamień. Wciąż słyszę śpiew kobiet. Ale zanika. Podbiegam do Kamienia. Przykładam ucho do skały. To z Kamienia zdają się płynąć delikatne dźwięki. Nawet przez moment nie myślę, że to halucynacje. Śpiew staje się coraz słabszy, ale jest realny, na pewno dobiega z zewnątrz, spoza mojego ciała. Z Kamienia? Zamykam oczy. Przyciskam głowę jeszcze mocniej do skalnej ściany. Zanurzam się w Kamień. 

Mirek odważnie inicjuje dialog z Kamieniem. Amerykański biolog Michael Levin z Tufts University w serii przełomowych eksperymentów wykazał, że inteligencja nie jest wyłącznie domeną mózgu czy efektem ubocznym aktywności złożonych sieci neuronowych, ale jest fundamentalną własnością życia i nieredukowalną cechą przyrody. Levin proponuje szukać „obcych” form inteligencji nie w kosmosie, ale na Ziemi. Mirek podejrzewa, że Kamień, który „pamięta” i „przechowuje” rdzenne performanse kulturowe, to właśnie przykład takiej innej, obcej inteligencji. Czy Mirek myśli, że nawiązuje kontakt z „obcą cywilizacją”?

Przez ułamek sekundy czuję jedność ze skałą. Jedność dziwną, bo niematerialną. Kamień na tę krótką chwilę przestaje być skałą. Staje się kłączem wibracji. Znika grawitacja. Wibracje przemieniają moje ciało w oddech. Trzymam wciąż dłonie szeroko rozczapierzone na skale. Całym sobą przywieram do Kamienia. Przenika mnie gorąco. Wydaje mi się, że wymieniam energie z ciepłą skałą. Chyba nawet dostaję gorączki… Śpiew dawno ucichł.

Czy Mirek doświadcza urojeń? To nie jest oczywiste. Na początku XX wieku indyjski uczony Jagadish Chandra Bose (1858–1937) odkrył, że rośliny reagują na anestezję, czyli czują jak zwierzęta. Eksperymentował też z metalami i innymi rzeczami. Jesienią 1981 roku Mirek, w Teatrze Źródeł Grotowskiego, toczył emocjonalne dialogi z drzewami. Dekadę później po zażyciu psylocybiny w Kalifornii rozmawiał z krukiem, lodołamaczem i szakalami. Czy skała może „czuć” jak drzewo czy ptak? A może Mirek doświadcza wglądów w postbiologiczną ewolucję ludzkości? Marzy przecież o uwolnieniu się od ciała i egzystencji poza materią, w symbiozie ze sztuczną inteligencją, a nawet całym wszechświatem.

I pstryk. Wszystko nagle się kończy. Znowu jestem w ciele. Owiewa mnie wiatr. Odrywam się od Kamienia. Jest teraz zimny. Nie ma już żadnych śpiewów. Słychać tylko klakson tira. Asfaltowa szosa w kilku miejscach zbliża się do utwardzonej drogi, którą wędruję wokół Kamienia. Żeby dotknąć skały, musiałem zejść ze szlaku, zresztą wbrew surowym zakazom.

Mirek wraca na wyznaczony szlak, czyli na utwardzoną drogę. 

Kamień opowiada: Przez chwilę Mirek stoi bez ruchu. Wpatruje się we mnie intensywnie. Jakby chciał wryć głęboko w pamięć każdy szczegół Uluṟu.  

Przed miesiącem Mirek skończył siedemdziesiąt lat. Ma coraz mniej czasu. Będzie żył, dopóki będzie pamiętał. 

Chwytam mocno kije. Ruszam dalej. Czuję się zadziwiająco lekko. Jakby Kamień napełnił mnie magiczną mocą. Biegnę. A nawet frunę. Na nogach mam buty Clifton 9 amerykańskiej firmy dla biegaczy Hoka One One, co znaczy po hawajsku „leć wyżej i wyżej”. 

Buty Hoka opętały Mirka. Jest wobec nich bezsilny, choć naucza studentów, że trzeba biegać boso. Hoka słyną z grubej podeszwy, amortyzującej uderzenia stopy, a szczególnie pięty. Podczas wykładów Mirek cytuje badania amerykańskiego antropologa Daniela Liebermana z Harvardu: silnie amortyzujące buty, jak Hoka Clifton z pianką EVA w podeszwie środkowej, bywają źródłem poważnych kontuzji. Zbyt wygodne obuwie „usypia” staw stopy, wyjątkowo wrażliwy i złożony. Lieberman zaleca bieganie boso lub w butach barefoot. Mirek ma takie buty firmy Vivobarefoot. Do Australii wziął jednak przyciasne Hoki. Co z tym Mirkiem? 

Biegnę. Procesuję niezwykłe wydarzenie. W głowie huczy mi od dziwnych myśli: „Kamień to święte archiwum rdzennych mieszkańców. Odegrał mi fragment sakralnej pieśni. Dopuścił mnie do tajemnicy Aborygenów!”. Przerywam bieg. Z wdzięcznością kłaniam się skale. A nawet krzyczę po polsku: „Dziękuję!”. Za plecami słyszę śmiech. Odwracam się speszony. Widzę roześmianą dziewczynę. Biegnie i pozdrawia mnie, do góry wznosi oba kciuki.

Mirek doświadcza stanu „zachwycenia”. To mu się niekiedy zdarza. Popada wtedy w patos. Dziewczynę to rozbawiło, ale proszę się nie śmiać. Mózg Mirka kreuje takie przeżycia w oparciu o wcześniejsze doświadczenia, a może nawet – jak powtarza neurobiolog i prymatolog Robert Sapolsky z Uniwersytetu Stanforda – doświadczenia wszystkich przodków Mirka. Wolna wola to przecież iluzja. Zachwycenia Mirka są produktem jego specyficznej wrażliwości, wcześniejszych doznań, złożonych okoliczności i potężnej obecności Kamienia. Patos to część pakietu.

Nagle doświadczam olśnienia. Wrażenie zapiera mi dech. „Spotkanie z Kamieniem to wydarzenie źródłowe! Powrót do korzeni tego co jest!” Przez chwilę mam wgląd w fundamentalną strukturę rzeczywistości, w Jednię, z której mogą się rodzić byty poszczególne, jak ja, Kamień, Hoki i kije Gabel. Do mojej świadomości przebija się przeczucie Jednego. Zresztą nie pierwszy raz. Może jednak Parmenides miał rację? Sławny fragment τὸ γὰρ αὐτὸ νοεῖν ἐστίν τε καὶ εἴναιmoże znaczyć „tym samym jest świadomość i bycie”.

Czy Mirek jest mistykiem? Trudno powiedzieć. Szybko trzeźwieje. Każda „Jednia” to pokusa totalitaryzmu. W XX wieku wyznawcy jedynej słusznej ideologii, jak komunizm czy faszyzm, poddawali ludzi powszechnej indoktrynacji i torturowali w obozach koncentracyjnych. W XXI wieku młodzi geniusze z dostępem do nieograniczonych funduszy wyprodukowali sztuczną inteligencję, która już wkrótce będzie mogła sama, bez udziału człowieka, rozwinąć Superinteligencję. Dziś żaden z tych geniuszy nie wie, co to będzie. Zapewne już w ciągu najbliższej dekady Superinteligencja przejmie pełną kontrolę nad każdym organizmem i nad całym światem, a może i kosmosem, i pewnie nas o tym nawet nie poinformuje. Mirek jednak, wbrew katastrofistom, naiwnie wierzy w postbiologiczną symbiozę ludzkości z Superinteligencją. No cóż… Tymczasem dociera do wschodniego krańca Uluṟu. 

Mijam długą skalną ścianę. Tu zapewne kończy się południowy bok Kamienia. Droga skręca w lewo. Skała w tym miejscu przybiera dramatyczne kształty. Przerywam bieg. Podchodzę bliżej. Mechanicznie sięgam po iPhone’a, żeby zrobić zdjęcie. Dopiero wtedy dostrzegam tabliczkę z zakazem fotografowania. Są tam też szersze wyjaśnienia zakazu. 

Mirek dotarł do Kuniya Piti. W tym właśnie miejscu, na południowo-wschodnim krańcu Kamienia, Kobieta Pyton złożyła jaja w „czasach snu”. Dreamtime, duchowy fundament kultury Aborygenów, wyraża ciągłość życia poza czasem w harmonii z przyrodą i z innymi ludźmi. W „czasach snu” legendy o stworzeniu przenikają się z teraźniejszością i przyszłością. „Czasy snu” wciąż trwają. Mirek czyta: „Kuniya Piti to szczególne miejsce mężczyzn ludu Aṉangu, uświęcone tradycyjnym prawem Tjukurpa. Skalne szczegóły i formy są tu ekwiwalentem pisma świętego. Komunikują ważne przekazy kulturowe, które muszą być odbierane [a raczej doświadczane] tylko w ich oryginalnej lokalizacji. Fotografie czy filmy unicestwiają przekaz”. 

Mirek grzecznie chowa iPhone’a do kieszeni. Aborygeni potwierdzają jego intuicję. Kamień żyje! Komunikuje ważne opowieści. Ale komu? Czy tylko wybranemu ludowi? Mirek czyta dalej: „Wybrani mężczyźni ze starszyzny odpowiadają za przekaz tych opowieści od dziadka do wnuka. W kulturze oralnej opowieści są dziedzictwem rodziny. Zgodnie z prawem Tjukurpa na wiedzę kulturową trzeba sobie zasłużyć”. 

Mirek raz jeszcze czyta cały tekst na tabliczce z zakazem fotografowania. Dłużej zatrzymuje się przy ostatnim zdaniu. Co trzeba zrobić, żeby zasłużyć na kulturową wiedzę Aborygenów? Raz jeszcze czyta angielskie słowa. I raz jeszcze. Chce się upewnić, że wszystko dobrze rozumie. Chce zasłużyć…

Czytam ten tekst wiele razy. Skała w tym miejscu komunikuje rdzennym mężczyznom istotny przekaz. Ma zapewne formę opowieści. Trzeba jednak na tę opowieść zasłużyć, albo trzeba ją jakoś zdobyć, angielski tekst nie jest jednoznaczny. Czy tylko Aborygeni mogą odebrać ten przekaz? Po raz kolejny moje serce wali z przejęcia. Nie tak dawno Kamień udostępnił mi rytuał. Czy znowu dopuści mnie do starej wiedzy?

Mirek rozpaczliwie próbuje zasłużyć na wiedzę Aborygenów. Podchodzi bliżej do kamiennej ściany. Nie wie, co robić. Szuka na skalnej ścianie wskazówki lub choćby drobnej sugestii. Przez chwilę nawet cicho śpiewa, robi to najlepiej jak potrafi.

Kamień opowiada: Ja ignoruję jego rytmiczne pomruki. Żal patrzeć.  

Wgapiam się intensywnie w kamienną ścianę. Głosem próbuję naśladować śpiewy kobiet, które niedawno słyszałem. Kamień przyjmuje w tym miejscu intrygujące kształty. Skała spływa ze szczytu, niczym zastygły wodospad, ale w połowie wysokości ściana załamuje się i tworzy olbrzymi stopień. Nad tym stopniem zieją mrokiem niewielkie, złowieszcze zagłębienia, takie minijaskinie. Jakby potężna siła wyrwała kawałki ściany. Poniżej stopnia podobnie. Wyrwy w ścianie są agresywne, ale organiczne. Ignoruję natrętne myśli, nie szukam w pęknięciach skały hieroglifów, wyciszam rozum… Patrzę! Jak dekodować to pismo święte? 

Kamień opowiada: Intensywnie wzbudzam w umyśle Mirka wspomnienie opowieści, którą wcześniej przeczytał na metalowych tabliczkach, ustawionych wzdłuż drogi niedaleko świętego źródła wody Kapi Matitjulu. 

Od czytania tych tabliczek Mirek rozpoczął wędrowanie wokół Kamienia. To dzieje walki Kobiety Pytona z Mężczyzną Jadowitym Wężem.  

„Minyma Kuniya, Kobieta Pyton, przybyła ze wschodu, z okolic Erldunda. Złe przeczucie rosło w jej brzuchu, coś było nie tak. Musiała iść do Uluru. Najpierw w ceremonii (inma) połączyła swoje jajka. Przyniosła je do Uluṟu w pierścieniu wokół szyi i złożyła w Kuniya Piti. Tymczasem jej siostrzeniec dotarł do innej strony Uluṟu. Uciekał przed wojownikami z Ludu Jadowitego Węża Liru z okolic Kata Tjuta. Mieli go ukarać, bo złamał prawo ich ziemi. Ludzie Liru rzucili dzidy w siostrzeńca Kuniyi. Jedna przebiła jego udo, inne trafiły w bok Uluṟu. Wojownik Wati Liru miał zostać, żeby zaopiekować się rannym Mężczyzną Pytonem. Ale nie wypełnił obowiązku i porzucił rannego. Minyma Kuniya czuła, że jej siostrzeniec może być ranny i bez opieki. Popędziła do Kapi Mutitjulu, świętego źródła wody w Uluṟu. Wati Liru stał na szczycie klifu. Krzyknęła do niego pytając o kuzyna, ale tamten tylko się roześmiał. Minyma Kuniya wbiła swój kij do kopania (wana) w ziemię prosto przed sobą. Klęcząc, zaczerpnęła dłońmi piasku i obrzuciła nim swoje ciało. Śpiewała i robiła się coraz mocniejsza. Ceremonia (inma) miała jej pomóc w konfrontacji z Wati Liru. Ruszyła w kierunki Liru. Śpiewała i tańczyła akuta, taniec kobiet gotowych do walki. Uderzyła go w głowę kijem wana. Upadł, ale się podniósł. Uderzyła go raz jeszcze i zabiła. Potem odnalazła rannego siostrzeńca. Podniosła go, otrzepała z pyłu i zaniosła do świętego źródła wody Mutitjulu. Tam w ceremonii (inma) złączyła ich duchy. Stali się Wanampi, wężem tęczowym, który wciąż żyje na straży źródła”.

Czy tę właśnie opowieść powinienem odczytać ze skały? Skoro myślę teraz o Kuniyi i Liru, to może nie ja sobie tę opowieść przypominam, ale Kamień ożywia ją we mnie. Zastanawiam się, gdzie konkretnie Kobieta Pyton złożyła jaja? Chyba na olbrzymim stopniu skalnym. Może te wyrwy w ścianie to miejsca po jajach? Kto narodził się z tych jaj? Pierwszy Człowiek? Aborygen? 

Mirek napisał opasłą monografię o teatrze antycznego Rzymu. Wie, że wyraz „aborygen” wywodzi się z łaciny. Starożytni Rzymianie nazywali pierwszych przodków Aborigines. Łacińskie ab origines znaczy „od początku”. W wieku XIX biali kolonizatorzy zaczęli nazywać Aborygenami rdzennych mieszkańców Australii. 

Patrzę na dziury wyszarpane w skale. Niektóre mają owalny kształt. Wyobrażam sobie, że leżą w tych dziurach wielkie jaja Kobiety Pytona. Nagle pęka skorupa. Z jednego jaja ktoś się gramoli. To Człowiek Wąż. Aborygen. 

Tabliczki z fragmentami opowieści o ludziach wężach wieńczył komentarz. Mirek myśli teraz o tym, co tam napisano. Każda opowieść z „czasów snu” zawiera uświęcone tradycją nauki. Tu przekaz jest prosty. Kto wymierza drugiemu człowiekowi karę, musi potem opiekować się zranioną osobą tak długo, aż ona sama będzie mogła zatroszczyć się o siebie. Opowieść ukazuje też „głębię kobiecej intuicji” i naucza, że kobieta może użyć siły, a nawet przemocy, by chronić swe „dzieci” lub siostrzeńców.

Intryguje mnie koncepcja „czasów snu”. Dreamtime nigdy się nie kończy. Każda opowieść zachowuje aktualność. Przeszłość plącze się z teraźniejszością i przyszłością. W twarzach Aborygenów dostrzegam wieczność. Pierwsi mieszkańcy Australii wydają się być zamrożeni w bezczasie. Tu i teraz są mało obecni. Dreamtime eliminuje klasyczne pojęcia czasu czy przestrzeni. Nowe technologie ponoszą tu klęskę. W pobliżu Uluṟu nie ma dostępu do Internetu. Nawet Starlink Elona Muska słabo tam działa, jeśli w ogóle. „Tu wszystko jest snem – myślę – Ale kto mnie śni? Ja czy Kamień?” 

Kilka faktów: Kuniya to pyton żółtogłowy (Aspitites ramsayi). Dorosła samica ma długość ok. 2 metrów. Nie jest jadowita. W Australii żyją także węże jadowite. Na wszelki wypadek Mirek przygląda się uważnie spalonej trawie. Pitiznaczy „źródło”, „miejsce stworzenia”. Nazwa świętej ściany mężczyzn w Uluṟu daje Mirkowi do myślenia. 

Mirek myśli: Kuniya Piti jest „kobiecym źródłem stworzenia”. Tabliczka z komentarzem kończy się zdaniem „Kuniya jest potężną kobietą”. Nagle nawiedza mnie spektakularna wizja: Wyobrażam sobie, że w tym niezwykłym miejscu mężczyźni odprawiają rytualny taniec, w którym zapominają o sobie i łączą się w ciało jednego węża. Czczą tak kreatywną kobiecość, która jest zarazem źródłową prajednią, tęczowym wężem Wanampi. Z ciała Matki rodzą się wszak wszyscy, bez względu na płeć. A tu właśnie Kobieta Pyton złożyła jaja.

Mirek komponuje w myślach nową historię stworzenia w „czasach snu”. Zaczyna się od słów: „Na początku był Kamień!”. To tylko prolog. Potem pojawia się Matka Pyton i język ludzki rodzi się z opowieści Kamienia. Może tańczonymi. 

Kamień opowiada: Mirek klęka przede mną. Chce, żebym ja, Kamień, sam zaczął „opowiadać”. 

Mirek myśli: Opowieść o początku może być opowieścią o końcu. Czy wszechświat się zapętla? Roger Penrose, jeden z najmądrzejszych dziś ludzi, już trzy dekady temu podczas wykładu na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley twierdził, że Big Bang powtarza się cyklicznie, że kosmos się najpierw rozszerza, a potem zapada i znowu rozszerza. Byłem wtedy na widowni olbrzymiego audytorium. Głęboko przeżyłem ten wykład.

Mirek działa: Klękam przed Kamieniem i kładę dłonie na skale. Może przekaz nie jest do oglądania? Zamykam oczy. Trwam tak chyba kwadrans. Nagle ogarnia mnie fala wzmożonej energii życiowej. Szybko wstaję i wracam na utwardzoną drogę. Sprawdzam czas na komórce. Minęło półtorej godziny. Muszę wracać. Marta i Piotr biegną dookoła Kamienia, co ma im zajęć około trzech godzin. Za półtorej godziny powinniśmy się spotkać na parkingu przy aucie.

Mirek dotarł do wschodniego krańca Uluṟu. Zastanawia się, czy to ma jakieś specjalne znaczenie. 

Kamień opowiada: Oczywiście, że ma! Tu przecież ja, Kamień, kontaktuję się z mężczyznami i przekazuję im opowieść o pierwotnej, kreatywnej kobiecości.  

Po tej stronie Kamienia wschodzi słońce i budzi pustynię do życia. Mirek głęboko oddycha i rozkoszuje się smakiem wiatru. Zalewa go fala szczęścia. Nuci nawet po niemiecku „Odę do radości z IX symfonii Beethovena”. Patetyczne obrazy kąsają Mirka, jak jadowite węże. 

Kamień opowiada: Mirek wciąż nie jest jednak pewien, czy „odezwałem się” do niego. 

Mirek patrzy: Robi się cieplej. Po utwardzonej drodze przemykają pojedyncze osoby. Pozdrawiamy się uśmiechami. Ciekawe, że wszyscy biegną w kierunku przeciwnym do mojego. Uświadamiam sobie, że dotąd krążyłem wokół Kamienia odwrotnie do wskazówek zegara. Teraz już będę wracał zgodnie z zegarem. Pamiętam, że w Lhasie, stolicy Tybetu, pielgrzymowałem drogą Barkhor wokół świątyni Dżokang zgodnie z ruchem wskazówek. Z każdym okrążeniem nabierałem sił życiowych. Dżokang to miejsce mocy. Jak Kamień. Może tu jest podobnie? 

Mirek przygląda się przez chwilę utwardzonej drodze. Jest brązowa, jak Kamień i jak Mężczyzna Jadowity Wąż Liru, zabity przez Minymę Kuniyę, Kobietę Pytona. Ostre światło porannego słońca ożywia potężne, brązowe ściany.

Kamień opowiada: Mirek znowu czuje, że jestem żywy, że jestem życiem. Teraz jest pewien, że przez chwilę toczył niemy dialog ze skalnym archiwum pamięci mężczyzn. Może wracać. 

Mirek działa: Chwytam kije i pędzę z powrotem. Umówiłem się z Martą i Piotrem, że po dziewięćdziesięciu minutach zawrócę. Czuję się świetnie, jakbym nabrał nowych sił, choć nie szedłem zgodnie ze wskazówkami zegara. Dość długo biegnę. Zmiana kierunku staje się źródłem niezwykłych doznań. Rozpoznaję fascynujące formacje skalne, które mijałem nie tak dawno, ale teraz wyglądają one zupełnie inaczej. Słońce nadaje im nowe kształty. Po raz kolejny doznaję serii autentycznych zachwyceń. Kamień to żywa rzeźba, olbrzymia i oślepiająca światłem. 

Kamień opowiada: Jestem Kamieniem, ale wciąż się zmieniam. Mirek z ekscytacją śledzi moje przemiany. Przed wschodem słońca byłem czarną skałą na tle krwistego horyzontu. Z pierwszymi promieniami świtu zmieniłem się w brązową materię organiczną. Coraz silniejsze światło zaczęło jednak wyostrzać cienie. Organiczna materia nabrała agresywnych kształtów. Płaskie ściany na chwilę oblała krwawa czerwień. Wreszcie moja „skóra” przybrała barwę soczystego brązu.

Zatrzymuję się na chwilę raz jeszcze przy tabliczkach z opowieścią o Kuniyi i Liru. Niedaleko jest święte źródło wody Kapi Matitjulu. Trzeba jednak skręcić z głównego szlaku. Podejmuję wyzwanie. Biegnę do źródła. Tu rozegrała się wielka bitwa pomiędzy Kuniyą i Liru, Kobietą Pytonem i Mężczyzną Jadowitym Wężem. Tu mieszka Wanampi, wąż tęczowy, zwany też wodnym. Symbol Jedni. 

Kamień opowiada: W dawnych czasach ktoś z ludu Aṉangu śpiewał tu pieśń Kuka kuka i wąż Wanampi uwalniał kapi, czyli wodę. To święte miejsce. Nie wolno tu pływać, nie wolno straszyć zwierząt. 

Tabliczka z tymi zakazami zawiera też intrygujące zalecenia. Mirek czyta: „Posłuchaj tego miejsca! Usiądź na ławce, zamknij oczy i wdychaj powietrze. Powierz się chwili. Słuchaj ptaków. Skup się na wietrze”.  

Doznaję kolejnego olśnienia: To miejsce emanuje kobiecą mocą! Ostatnie zdanie na tabliczce brzmi znajomo: „Kuniya to potężna kobieta!”. Formacja skalna kojarzy mi się z olbrzymią waginą. Wypływa z niej woda i zbiera się w małym jeziorku u podnóża brązowej skały. W Kapi Matitjulu Kamień rodzi życie. Woda to najcenniejszy skarb na wyschniętej i sprażonej słońcem pustyni Aborygenów. Wokół Kamienia rozciąga się złowieszcza, wysuszona pustka. 

Kamień opowiada: Pomagam Mirkowi wyciszyć się, opróżniam jego umysł ze śmieciowych myśli.

Jestem tu sam. Zamykam oczy. Wsłuchuję się w Kapi Matitjulu. Wspaniały pejzaż dźwiękowy pochłania mnie i zatapia. Znikam. Rozpuszczam się w wietrze i wodzie. Opróżniam z siebie. Wspaniałe uczucie. Mam nadzieję, że tęczowy wąż Wanampi wypełni moją pustkę. Nagle zostaję brutalnie wytrącony z błogostanu. 

Mirek nie kontroluje upływu czasu. Nie wie, że siedzi bez ruchu już kwadrans. Wkroczył w „czas snu”, wdarł się do bezczasu.

Kamień opowiada: Dopóki siedział nieruchomo, chroniłem go, nie dopuszczałem nikogo do źródła. Teraz jednak Mirek poczuł skurcz w nodze. Poruszył się na ławce niespokojnie. „Czas snu” rozwiał się z podmuchem wiatru.

Wrzask! Lokalny przewodnik prowadzi niewielką grupę turystów z Azji. Stara się wypowiadać angielskie wyrazy bardzo wyraźnie, żeby wszyscy rozumieli. Prawie krzyczy. Inwazja hałasu wybija mnie z medytacji. Ptaki uciekają w popłochu. Ja też. 

Mirek obrzuca turystów zimnym wzrokiem. Ma pretensje, że go wyrwali z „czasu snu”. Nie wie, że to jego własne ciało zakończyło medytacje i zerwało połączenie z Kamieniem. Ciało-umysł bywa mądrzejsze od rozumu.

W jaki sposób Kamień przekazuje Aborygenom opowieści? Kamienne ściany obfitują w załamania, wyrwy, pęknięcia…tworząc unikalny rodzaj pisma. Wracam na główny szlak. Raz jeszcze przyglądam się kamiennym formacjom. Przez ulotną chwilą wydaje mi się, że „czytam” skalne pismo, że „widzę” jak Aborygen. Na pewno nic tu nie jest przypadkowe!

Gdyby Mirek z parkingu pielgrzymował wokół Kamienia zgodnie z ruchem wskazówek zegara, to pewnie by trafił na tabliczkę z wyjaśnieniami fenomenu „Tjukuritja”, materialnych świadectw aktywności przodków z czasów stworzenia (Tjukurpa). Umieszczono tam rysunek Kamienia w okolicy świętego źródła ze wskazaniem aż sześciu miejsc związanych z opowieścią o Kobiecie Pytonie i Mężczyźnie Jadowitym Wężu. Na te właśnie skalne świadectwa Mirek patrzył, kiedy mu się zdawało, że „widzi”. Może widział…ale nie wiedział, co widzi.

Na parkingu spotykam Martę i Piotra. Obiegli Kamień dookoła. To znaczy Marta obiegła, bo Piotr chwilami maszerował. Marta biega jak wiatr. Każdego dnia pokonuje dystans dwunastu kilometrów. W Cairns na jej widok ludzie przystawali i bili brawo. Wracamy wypożyczonym autem do hoteliku Outback Lodge na śniadanie. Prowadzi oczywiście Marta.

Back to life. Back to reality. Mirek siedzi z tyłu. Uśmiecha się, patrząc na oddalający się Kamień. Stara się nie myśleć o tym wszystkim, czego doświadczył. Nie jest pewien, co mu się właściwie przytrafiło. Nie rozumie, dlaczego jego umysł zaaplikował mu takie intensywne przeżycia. Marta równie głęboko przeżyła spotkanie z Kamieniem. Oboje szczerze dziękują Piotrowi, że ich tu zabrał.

Na śniadaniu spotykamy Jerzego. Zasypujemy go opowieściami. Marta i Piotr widzieli skalne malunki po północnej stronie Kamienia, do której ja nie dotarłem. Muszę tam wrócić, żeby to zobaczyć. Jerzy po naszych opowieściach też jest gotów na wędrówkę wokół Kamienia. Marta i Piotr zostają w hotelu. Będą pracować nad referatami, które wygłoszą na konferencji w Cairns. Jerzy wyczytał, że Centrum Kulturalne, niedaleko Kamienia, zaprasza na darmowy odczyt o rdzennych mieszkańcach. Patrzę na zegarek. To za godzinę. Jedziemy tam z Jerzym. Centrum jest niedaleko. Pół godziny po nowej asfaltowej drodze. Potem odwiedzimy Kamień.

Ruch lewostronny nie przeraża Jerzego. Prowadzi auto pewnie, z pełną profesją, jak wcześniej Marta. Wjazd w okolice Kamienia możliwy jest wyłącznie z biletem wstępu do Parku Narodowego Uluṟu-Kata Tjuṯa. Wszystko tu działa automatycznie. Szlaban podnosi się po zbliżeniu do ekranu QR z biletu wyświetlonego na smartfonie. Taki bilet, czyli „pass” Mirek kupił wcześniej online.

Widzę w oddali „kamienne głowy”. To Kata Tjuṯa, formacja skalna odległa 50 kilometrów od Uluṟu. Jest mniejsza i bardziej poszarpana niż Kamień. „Kata Tjuṯa” w języku pitjantjatjara znaczy „wiele głów”. Byliśmy tam wszyscy wczoraj. To święte miejsce mężczyzn z ludu Aṉangu, nazywane też Doliną Wiatrów. Chwilami rzeczywiście piekielnie tam wiało. W najpiękniejszym miejscu oczywiście nie wolno było robić fotografii. Widok oszałamiał. Potężne bloki brązowych skał rzeźbiły wspaniały prześwit w nieskończoność. Długo staliśmy tam z Jerzym w milczeniu zamrożeni zaskakującym pięknem. Żeby tego widoku doświadczyć, musiałem się wdrapać na długą, gładką ścianę. Kijki trekkingowe uchroniły mnie od przykrego upadku. 

„Kamienne głowy” nie przemówiły wczoraj do Mirka. Zachwyt nad widokiem nie przemienił się w duchową iluminację. Kilka razy zatrzymywał się w drodze powrotnej na krótkie medytacje i dotykanie skał. Nic jednak nie poczuł, nic specjalnego się nie wydarzyło. „Kamienne głowy” uparcie milczały. Teraz Mirek rozmyśla nad pokrętnymi źródłami swoich zachwyceń i olśnień. 

Patrzę na te „kamienne głowy” przez szybę wypożyczonego auta. Wspinałem się wczoraj po nich, sapiąc. Były realne. Doświadczałem ich własnym ciałem przedłużonym o trekkingowe kije. Dzisiaj nie wydają mi się jednak już tak rzeczywiste. Z całej wędrówki po „kamiennych głowach” zapamiętałem tylko prześwit z zakazem fotografowania. Dlaczego Kamień mnie zachwyca, a „kamienne głowy” nie zachwycają? Jeśli świat ma jakiś udział w tych moich zachwyceniach, to musi być realny, musi istnieć. A może świat o niczym nie decyduje, może moje olśnienia są wyłącznie produktem neuronów w moim mózgu? Raz się aktywują, innym razem nie. Uświadamiam sobie, że to obojętne czy moje zachwycenia są wywoływane przez świat czy produkowane wyłącznie przez korę mózgową. Ja sam na pewno o niczym nie decyduję. Olśnienia mi się przydarzają i zawsze mnie zaskakują.

Mirek ma poważną wadę wzroku. Jest krótkowidzem. Zdejmuje teraz grube okulary, żeby zamazać świat. Zagłębia się w siebie. Na próżno. Brak świata nie pomaga mu w odkrywaniu źródeł własnych przeżyć. Podejrzewa, że jego duchowe doświadczenia mogą być efektem aktywacji neuronów w bardzo konkretnych obszarach kory mózgowej. Nie wie jednak, co może być impulsem takich aktywacji. Desperacko śledzi najnowsze odkrycia neuronauki i kognitywistyki, ale Mirek jest humanistą, a może i artystą. Żyje w świecie wyobrażonym, wykreowanym przez jego własny mózg. Nie ma dostępu do świata realnego, jeśli taki świat rzeczywiście istnieje. Mirek na szczęście nie siedzi teraz za kierownicą samochodu.

Czuję wielką ulgę, że nie muszę prowadzić auta w Australii. Początkowo to ja miałem wypożyczyć samochód przez Internet. Okazało się jednak, że w Australii jest limit wieku, staruszkom nie ufają. Auto zamówił online Jerzy. Bardzo mu jestem wdzięczny. Ruch lewostronny bywa wyzwaniem na częstych tu rondach. Przyjeżdżamy do Centrum Kulturalnego kwadrans przed wykładem. Parkujemy auto. 

Centrum Kulturalne jest relatywnie nowe, działa od roku 1995. Otwarto je w dziesiątą rocznicę powrotu rejonu Uluṟu-Kata Tjuṯa do rdzennych właścicieli. Miejsce jest klimatyczne. Niskie, malownicze budynki z lokalnie wytwarzanej cegły błotnej reprezentują praprzodków, czyli dwa węże, które walczyły przy źródle wody Mutitjulu, Kobietę Pytona Kuniyę i Mężczyznę Jadowitego Węża Liru. 

Wchodzimy do pierwszej sali. Panuje tu półmrok. Dwie szklane tablice informują o kulturowych swoistościach rdzennych mieszkańców i właścicieli tych ziem. Czytam pierwszą tablicę:

„Chłopcy początkowo wychowują się tylko z matkami i siostrami. Potem starsi mężczyźni przekazują im wiedzę przodków o męskich zwyczajach i prawach, a także o tajnych ceremoniach, pieśniach i świętych miejscach mężczyzn. Wędrując ze starszymi szlakiem przodków młodzi uczą się, jak znaleźć wodę, gdzie można upolować kangura czy antylopę. Poznają zwyczaje zwierząt i uczą się je tropić. Praktykują wytwarzanie narzędzi i broni”. 

Mnie też początkowo wychowywały kobiety, babcia i ciocia. Rodzice mieszkali w innej dzielnicy Wałbrzycha. To był wspaniały czas. Babcia i ciocia miały piętrowy domu z ogrodem. Latem całe dnie spędzałem na czereśni. Starsi koledzy zachęcali mnie do podejmowania ryzykownych zachowań. Z dziecięcą perfidią testowałem granice tolerancji moich opiekunek. Rzadko jednak spotykała mnie kara. Byłem jedynakiem. Ciocia i babcia mnie rozpieszczały. Dopiero kiedy poszedłem do szkoły, zamieszkałem u rodziców w mieszkaniu przy Rynku. Tato próbował mnie dyscyplinować, ale wychodziło mu marnie. Rodzice, inaczej niż Aborygeni, nie wyprowadzali mnie w świat na nauki, ale raczej chronili przed światem. Nigdy na przykład w mojej obecności nie rozmawiali o finansach. Nawet kiedy już byłem na studiach. Dzisiaj mój kontakt z rzeczywistością jest bardzo luźny. To też pewnie źródło mojej zaawansowanej krótkowzroczności. Minus dziesięć dioptrii! Jakbym nie chciał oglądać świata… Czytam drugą tablicę: „Dziewczynki z kolei od najmłodszych lat zdobywają wiedzę i sprawności obserwując matki, babcie i starsze siostry. Tak uczą się szukać pożywienia w buszu i tropić zwierzęta. Nastolatki spędzają dużo czasu z babciami, matkami i ciotkami, poznając techniki polowania i gotowania. Dowiadują się, jak tropić pytony i gdzie w buszu szukać jadalnych larw, mrówek miodowych, fig czy śliwek. Uczą się też jak używać roślin do leczenia. Najstarsze kobiety przekazują dziewczynom wiedzę o właściwym zachowaniu i poprawnych wyborach małżeńskich. Poznają też prawa kobiet”.

Szokuje mnie, że Aborygeni są zupełnie odporni na współczesność. Żyją w bezczasie i często bez kontaktu z dzisiejszymi Australijczykami. W sklepie z lokalnymi rękodziełami natykamy się na trzy sędziwe Aborygenki. Dwie siedzą na podłodze, jedna na krześle przy stole. Każda maluje obraz. Rozlokowane są daleko od siebie. Co jakiś czas jedna z kobiet wydaje z gardła serię tajemniczych dźwięków, zwykle bez najmniejszej reakcji obu pozostałych. Nas zupełnie ignorują. Pytam miłą dziewczynę przy kasie, gdzie mieszkają starsze panie. Okazuje się, że w pobliżu jest aborygeńska wioska. Dziewczyna mierzy mnie zimnym wzrokiem i z naciskiem dodaje: „To teren zakazany dla turystów! Proszę tam nie iść!!!”.

Mirek desperacko próbuje zrobić zdjęcie aborygeńskim artystkom, choć mu to kilka razy w ostrych słowach zakazano. Dziewczyna przy kasie jest bardzo czujna i sprawnie blokuje wszelkie próby fotografowania. Ostatecznie Mirek rezygnuje. Dziewczyna po raz kolejny powtarza: „Aborygeni nie chcą być fotografowani!”. Mirek dobrze wie, że fotografia rdzennej twarzy to przemoc, zawłaszczanie kultury. Uczy przecież studentów o potwornościach neokolonializmu. Czy nie wstydzi się swojego zachowania?

Wstydzę się, zresztą nie pierwszy raz. W Senegalu wdarłem się ze smartfonem na spektakularny obrzęd pogrzebowy. Szybko zostałem wyproszony, a nawet ostrzeżony! Następnego dnia złamałem obojczyk, jadąc na quadzie do lokalnego szamana. Te zdarzenia musiały być powiązane. Bardzo bolesna przygoda niczego mnie jednak nie nauczyła. Dalej filmowałem ludzi podczas obrzędów i tłumaczyłem sobie, że to praca naukowa, że dokumentowanie rdzennych performansów to moje powołanie… 

Mirek procesuje powoli. Całe życie zajęło mu zrozumienie, że teatr to sztuka ulotna, jednorazowe spotkanie artystek i artystów z publicznością, że nie da się spektaklu zapisać czy zarchiwizować. W tej ulotności tkwi piękno teatru. Nic nie zastąpi żywego obcowania ludzi, ani film, ani serial telewizyjny, ani nawet sztuczna inteligencja. To samo dotyczy performansów rdzennych. Współtworzą i umacniają tożsamości członków lokalnych społeczności. Pozbawione naturalnego środowiska tracą siłę, więdną, przeobrażają się w towar marketingowy lub pozycję w katalogu dziwactw. 

Chowam iPhone’a do kieszeni. Głupio mi strasznie. Trzy sędziwe Aborygenki wydają się być wieczne jak Kamień. Nie powinienem naruszać ich godności. Fotografowanie człowieka to przecież gwałt, redukcja żywej osoby do kolorowych plam na płaskim ekranie. Aborygenki ignorują mnie jak wcześniej. W naszych relacjach nic się nie zmieniło. Jerzy, zafascynowany wiszącymi na ścianach obrazami, na szczęście nie zwrócił uwagi na moje moralne konwulsje. Z szacunkiem i fascynacją zerkam na Aborygenki. Niby je widzę, ale nie mam wątpliwości, że przebywają równocześnie w innym wymiarze, w „czasach snu”. Zazdroszczę im dostępu do wieczności. 

Mirek nie potrafi oderwać wzroku od trzech Aborygenek. Zauroczyły go swoją delikatną nadobecnością. Z letargu wybija go Jerzy. Za chwilę rozpocznie się prelekcja. Idziemy! 

No to idę. Prelekcja odbywa się na podwórzu. Czeka już na nas pani prelegentka w białych spodniach i czarnej kurtce z logo Centrum Kulturalnego. Turyści siedzą na ławach ustawionych w półokrąg. Są jeszcze dwa wolne miejsca. Siadamy. Pani w czarnej kurtce jest po pięćdziesiątce. Pochodzi z Sydney. Ma zdecydowanie białą karnację skóry. Opowiada o lokalnych zwyczajach tonem uniwersyteckiej profesorki. Zachowuje się jakby wróciła właśnie z badań terenowych i postanowiła zaprezentować nam, co „u dzikich” znalazła. A przecież ci ludzie wciąż tu żyją. W sąsiedniej sali sędziwe Aborygenki akurat teraz malują obrazy.

Prelegentka ukazuje nam kulturę Aborygenów jako archaiczne dziwactwo. Patrzcie państwo, co oni jedzą! Patrzcie państwo, jak prymitywne, ale i pomysłowe są ich narzędzia! Na koniec prelegentka pokazuje nam mapę, na której różnymi kolorami zaznaczono wszystkie rdzenne społeczności w Australii. Jest tu podobno od 250 do 500 grup językowych. Ciekawe, dlaczego nikt ich dotąd nie policzył dokładnie? A przede wszystkim dlaczego na ziemi Aborygenów o ich kulturze opowiada osoba obca, reprezentująca białych kolonizatorów? 

Dzień wcześniej, po odwiedzinach Kata Tjuṯa, czyli „wielu głów”, Mirek, Jerzy, Piotr i Marta uczestniczyli w nocnych pokazach, nazwanych Wintjiri Wiru, co znaczy w lokalnym języku pitjantjatjara „piękny widok po horyzont”. Tysiąc dwieście dronów i lasery odgrywały na pustyni przed Kamieniem spektakularne świetlne akrobacje z towarzyszeniem patetycznej muzyki i równie patetycznych relacji o tajemniczych przodkach Mala. O samych Mala niewiele można się było dowiedzieć, bo zręby opowieści tonęły w istnej powodzi banalnych sentencji i haseł. Symbioza najnowszych technologii ze starymi przekazami tu akurat się nie dokonała.

Słuchając prelegentki, myślę o wczorajszym pokazie multimedialnym. Agresywna reklama skusiła nas do zakupu biletów. Całe zdarzenie, znakomicie zorganizowane, okazało się jednak atrakcyjną wydmuszką. Czy dawne opowieści warto wciąż opowiadać? Pewnie warto. W XX wieku udało się ożywić antyczny dramat. Koszmarnie drogi projekt Wintjiri Wiru przemieniał jednak świętą tradycję Aborygenów w widowiskowy towar konsumpcyjny pozbawiony głębszych treści. Siedziałem pośród kilkuset osób na specjalnie wzniesionych trybunach. Najpierw poczęstowano nas kieliszkiem wina i lokalnymi przysmakami. Obsługiwała nas dziewczyna z Polski, co było miłym zaskoczeniem. Potem wręczono nam papierowe pudła z kolacją. Patrzyłem na kolorowe światełka fruwające po pustyni i wsuwałem pyszne, acz zimne, krewetki. Z głośników, ponad elektroniczną muzyką, rozbrzmiewały mądrościowe sentencje w rodzaju: „We are one world and we want to share something special with you” (Jesteśmy jednym światem i chcemy poddzielić się z tobą czymś specjalnym) . Próbowano nam wmówić, że rdzenni mieszkańcy dzielą się z nami „czymś specjalnym”. A czym konkretnie? Tego już nie wyjaśniono… Zrobiło się późno i mrocznie. Kamień w oddali dawno przestał być widoczny. W nocy niczego nie dowiedziałem się o przodkach Mala. A teraz w Centrum Kulturowym prelegentka zaoferowała mi podobną papkę… Australia wciąż sobie nie radzi z trudnym dziedzictwem rdzennych Aborygenów. Jakby nie istniało żadne przebicie między światem współczesnym i światem snów. Dwie cywilizacje na ogromnym kontynencie zdają się funkcjonować całkiem osobno. Jedni żyją w czasie, drudzy w bezczasie. 

W zachowaniach prelegentki Mirek rozpoznaje siebie, fotografa rdzennych twarzy. Po powrocie z wypraw zwykł pokazywać studentom zdjęcia egzotycznych ludzi. Z pasją maskującą protekcjonalność opowiadał o ich szokujących zwyczajach i skrajnym ubóstwie. Cztery lata temu na Nowej Gwinei przeżył jednak szok. Rdzenne performanse kulturowe utraciły tam swoją rdzenność, stając się rynkowym towarem na sprzedaż. Mirek wreszcie zrozumiał, że jego fotografowanie to część globalnego neokolonializmu. Teraz o tym zapomniał? W Centrum Kulturalnym chciał „rozstrzelać” z iPhone’a aż trzy Aborygenki.  

Na półce z książkami na sprzedaż znajdujemy olbrzymie tomiszcze zatytułowane Traditional Healers of Central Australia: Ngangkaṟi. „Ngangkaṟi” to stara nazwa aborygeńskich uzdrawiaczek i uzdrawiaczy w językach ngaanyatjarra, pitjantjatjara i yankunytjatjara. Nikt nie wie, ile jest tych osób. Ngangkaṟi to kobiety, mężczyźni, a nawet dzieci. Główna część książki zawiera świadectwa trzydziestu jeden niezwykłych ludzi, którzy opowiadają, jak to się stało, że zaczęli uzdrawiać i na czym to uzdrawianie polega. Obaj z Jerzym kupujemy po egzemplarzu.

Mirek kupuje książkę, ale jest w pełni świadom dysonansu poznawczego. Okazuje się, że jednak wolno robić zdjęcia lokalnym mieszkańcom. Znakomite portrety osób rdzennych wzbogacają tom. Podpisy pod zdjęciami sugerują, że to nie Aborygeni wykonali te zdjęcia. Pani w kasie wyjaśnia, że dochód z książek trafia do lokalnej wspólnoty. Jaki procent? Nie wie. 

Opuszczamy Centrum Kulturowe. Idziemy na parking. A tu niespodzianka. Auto ktoś ukradł. Nie ma go. Rozglądamy się z Jerzym bezradnie po parkingu. No nie ma. „Tu zaparkowałem”, Jerzy pokazuje ręką puste miejsce. Ja też pamiętam, że tu właśnie stał nasz mały samochód. Nagle Jerzy z błyskiem w oczach mówi: „A może pomyliliśmy parkingi? Może tu jest więcej parkingów?”. Patrzymy na mapkę. Rzeczywiście. No to ruszamy na poszukiwania innych parkingów.

Mirek i Jerzy błąkają się po niemal pustym parkingu. W oddali dostrzegają auta. Tam musi być inny parking. Trochę im zajmuje dotarcie do tego miejsca. Nigdzie jednak nie widzą samochodu z wypożyczalni. Robi się poważnie. Jednak kradzież. Jerzy, jak zawsze uważny, dostrzega w oddali między drzewkami jeszcze jedną grupę aut. Może tam? Idą.

Uff! Jest! Na trzecim parkingu odnajdujemy wypożyczone przez Jerzego auto. Nie wierzę własnym oczom. Samochód musiał się sam przeparkować. Zupełnie inaczej zapamiętałem miejsce parkingowe. Było blisko Centrum i po innej stronie drogi wjazdowej. Myślę przez chwilę z całą powagą, że przebiliśmy się do równoległej rzeczywistości. Od dawna jestem opętany hipotezą symulacji. Jeśli to prawda, że żyjemy w symulacji komputerów z przyszłości, to takich symulacji mogą być tysiące. Łatwo o przebicie. Hervé Le Tellier napisał o tym świetną powieść Anomalia(L’Anomalie), nagrodzoną w roku 2020 Nagrodą Goncourtów.

To, że Mirek zupełnie inaczej zapamiętał miejsce parkingowe, nie dziwi. On żyje w światach wyobrażonych. Ale Jerzy? Zawsze przytomny, znakomicie zorientowany w topografii terenu. W Cairns tylko Jerzy potrafił bez patrzenia w Google Maps trafić z każdej restauracji do hotelu. Mirek nawet z pomocą Google Maps błądził. Co się stało z Jerzym? Na szczęście szybko się ogarnął i teraz z uśmiechem wjeżdża autem na parking przy świętym źródle wody Mutitjulu. 

Zastanawiam się czy to przypadek, że Jerzy parkuje auto niemal dokładnie w tym samym miejscu, w którym o świcie zaparkowała Marta… Może jednak się mylę. Znowu coś pokręciłem? Proponuję, byśmy na początek poszli do Kapi Mutitjulu, „domu” węża Wanampi. Mamy pecha. Są tam już jacyś turyści. Siadamy na ławce. Próbujemy się skupić. Na próżno. Wracamy na szlak wokół Kamienia. Z mojej porannej wędrówki zapamiętałem, że za sto metrów utwardzona droga zbliża się bardzo do Kamienia. Ściana jest tam płaska i tylko lekko pochyła. Można się na niej położyć. Jerzy kupuje pomysł. Idziemy tam. Zrobimy sobie intymne foty z Kamieniem.

Kamień opowiada: Najpierw Jerzy kładzie się na mnie w różnych pozycjach. Mirek fotografuje. Potem się zmieniają. Mirek wspina się wyżej i przywiera do mnie całym ciałem. Jerzy klika zdjęcia. Zabawnie to wygląda. Jerzy i Mirek naruszają zakaz opuszczania szlaku z nieukrywaną radością dzieci, kiedy robią psikusa mamie. Ja ignoruję te ich popisy z „matczynym pobłażaniem”.

Wspinam się na skalną ścianę. Słońce jest już wysoko. Szczyt skały rzuca olbrzymi cień na górną część Kamienia. Przywieram do ściany w smudze cienia. Jerzy robi zdjęcia z dołu. Wtapiam się w surową fakturę Kamienia. Ściana skały w smudze cienia robi wrażenie skóry archaicznego dinozaura. Moja ciemna koszula i spodnie stapiają się z chropowatą teksturą kamiennej ściany. Odchylam głowę daleko do tyłu, żeby uchwycić promienie słońca.

Mirek tego jeszcze nie wie, ale na dwóch zdjęciach zrobionych przez Jerzego cień skały z przywartym do niej Mirkiem przetnie łuk światła. Głowa Mirka, nienaturalnie odchylona od Kamienia, zdaje się świecić, jak postacie na obrazach francuskiego mistrza Georgesa de la Toura. Może właśnie wtedy Kamień załadował do mitochondriów Mirka energią życiową? 

Czuję dziwne mrowienie. Mam nieodparte wrażenie, że Kamień wywołuje w moim ciele swoistą indukcję. Krążenia wokół potężnego centrum świętych mocy zapewne pobudza i wzmacnia przepływ energii w komórkach mojego ciała, a dokładnie w mitochondriach. 

Po sesji zdjęciowej Mirek i Jerzy ruszają szybkim marszem na wędrowanie wokół Kamienia. Idą zgodnie z ruchem wskazówek zegara, czyli w kierunku odwrotnym do porannej wędrówki Mirka. Mają nadzieję dotrzeć do malowideł skalnych, o których opowiadali Piotr i Marta.

Rytmicznie stukam kijami, harmonizuję kroki z oddechem. Robię to z pomocą intelektu. Jerzy porusza się organicznie, jak czujny drapieżnik. Jest młodszy ode mnie i bardzo wysportowany. Maszerowanie to w jego przypadku inna forma oddychania. Moje ciało nie jest tak bardzo zintegrowane z moim umysłem. Jerzy po prostu idzie. Ja muszę własnemu ciału chodzenie zadać ze wszystkimi szczegółami. Dopiero po zapętleniu ruchu i wielu powtórzeniach potrafię doświadczyć transu i uwolnić się od obsesyjnego myślenia, co powinienem robić, żeby maszerować poprawnie.

Przez pół godziny nic specjalnego się nie wydarza. Idą. Chwilami rozmawiają. I nagle…

Coś nas gwałtownie zatrzymuje w tym krążeniu wokół Kamienia. Przed nami niezwykły widok. Ze szczytu skały zdaje się spływać potężny wodospad. Jakaś magiczna siła zamieniła wodę w kamień. Wodospad zastygł na wieki. Faktura Kamienia radykalnie się zmienia. Skóra archaicznego stwora zanika. Skała jest tu gładka, niemal atłasowa, miękka, a nawet przyjazna. To na pewno miejsce osobliwe. Święte? Widzę tabliczkę z zakazem fotografowania. Są tam też wyjaśnienia.

Mirek i Jerzy dotarli do świętego miejsca kobiet. 

Długo wpatruję się w święte przekazy dla kobiet. Skalne formy są tu piękne, ale nie wzbudzają we mnie żadnych skojarzeń czy doznań duchowych. Do tego piękna nie mam dostępu. Bo nie jestem kobietą? Czy jednak można dziś być tylko kobietą? Albo tylko mężczyzną? Tożsamość kreowana jest wszak przez performanse, dialogi, narracje, a nie wyłącznie biologię. Internet dostarcza nam potężnych narzędzi do konstruowania siebie i swojej seksualności. W „czasach snu” płeć kulturowa nie może się jednak uwolnić od płci biologicznej. Penis różni się przecież od waginy zasadniczo. Bez prokreacji pierwsi ludzie nie mogliby przetrwać. „Czasy snu” ignorują współczesne strategie performatywne czy narracyjne, przywracają kontakt z wydarzeniami źródłowymi. W Dreamtime sen o początku jest wciąż śniony. Idziemy dalej.

Mirek i Jerzy mijają niewielki kamień, w który przemienił się Wati Lungkata, Człowiek Jaszczurka z Niebieskim Językiem (tilikwa scynkowa). Przywędrował tu z „kamiennych głów” Kata Tjuṯa. Był gruby i wiecznie głodny. Rozbił obóz w pobliżu dzisiejszego Centrum Kulturalnego. Polując pod Kamieniem, znalazł rannego ptaka emu (kalaya). Ptak ciągnął za sobą dzidę wbitą w jego ciało przez innych myśliwych. Człowiek Jaszczurka dobrze wiedział, że nie powinien zabijać ptaka, bo należał do właścicieli dzidy. Był jednak gruby, zmęczony i bardzo głody. Zabił emu i zaczął mięso gotować. Wtedy nadeszli dwaj łowcy Panpalala, Ludzie Dzwonniki Białe. Spytali Człowieka Jaszczurkę, czy widział emu. Ten ukrył kawałki mięsa za plecami i skłamał, że ptaka nie widział. Panpalala odeszli, ale mu nie uwierzyli. Dalej śledzili Człowieka Jaszczurkę. Ten szybko zgarnął, co tylko mógł unieść i zaczął się wspinać do swej jaskini po zachodniej stronie Kamienia. Tak się spieszył, że gubił fragmenty mięsa. Udo ptaka emu, przemienione w skałę, wciąż jest widoczne. Łowcy Dzwonniki łatwo wyśledzili jaskinię i rozpalili pod Kamieniem ogromne ognisko. Dym udusił chciwego złodzieja, a płomienie zajęły jego ciało. Zaczął się staczać po ścianie, wypalając w Kamieniu ślady. Zwęglone ciało odpadało z Człowieka Jaszczurki, a on stawał się coraz mniejszy i mniejszy. Ostatecznie przemienił się w mały, samotny kamień. 

Zdaje mi się, że dostrzegam na ścianie Kamienia ślady wypalone przez staczające się ciało Człowieka Jaszczurki. Kamień Aborygenów, jak tablice Mojżesza, nakazuje powstrzymać się od kradzieży. Biblijne przykazania przetrwały wyłącznie w słowach, w języku. Łatwo je zignorować. Przykazania Aborygenów wznoszą się monumentalnie ponad pustynią w samym sercu Australii jako potężny Kamień. Trudno ich nie zauważać. Nie daje mi jednak spokoju natrętny obraz. W „czasach snu” można stać się właścicielem czyjegoś ciała poprzez zadanie rany, wbicie dzidy. Ta okrutna strategia ciągle jest stosowana, ranimy, żeby przejąć nad kimś kontrolę. Ale Kamień też został poraniony, jak drzewo użyte na krzyż dla Jezusa. Opowieść o Człowieku Jaszczurce jest także opowieścią o cierpieniu Kamienia poparzonego ogniem. Święte pismo Aborygenów to cierpienie zastygłe w skale. 

Umysł Mirka dokonuje zadziwiających akrobacji. Plączą mu się po głowie dziwne opowieści i zapętlają w bolesne węzły. Mirek spogląda na Kamień z coraz większym przerażeniem. Wydaje mu się, że skała krzyczy z bólu. Powoli popada w obłęd. Na szczęście Mirek nie jest sam. Jerzy z humorem przywraca Mirka na szlak wokół Kamienia. Idą dalej. 

Wkraczamy na „drogę ludu Mala”. Informują o tym tabliczki przy szlaku. W aborygeńskich opowieściach zwierzęta poprzedzają ludzi. Mala to filander kosmaty, niewielki ssak z podrodziny kangurów, nazywany potocznie kangurem rudym. 

Czytam: „Lud Kangurów Rudych przybył do Kamienia z północy. Spodobało im się to miejsce i postanowili tu osiąść na czas jakiś. Zaczęli przygotowywać ceremonię (inma). W tym celu wznieśli i udekorowali ceremonialny słup (Ngaltawata). Kobiety przygotowywały potrawy, w jaskiniach zbierały ciastka z ziarnami (nyuma). Mężczyźni polowali, rozniecali ogniska, naprawiali narzędzia i broń. Tymczasem z zachodu przybyli dwaj mężczyźni Wintalka, żeby zaprosić Lud Kangurów Rudych na ceremonię (inma). Kangury zaproszenie odrzuciły, bo ich własna ceremonia już się rozpoczęła i nie można było jej przerwać. Rozczarowani Wintalka odeszli i opowiedzieli swoim ludziom, co ich spotkało. Ci się wściekli i stworzyli złego ducha, olbrzymiego diabelskiego psa, zwanego Kurpany. Miał zniszczyć ceremonię Kangurów. Kurpany, wędrując do Kangurów, często zmieniał postać. Był mamu, duchem. Luunpa, Kobieta Zimorodek, wypatrzyła go pierwsza. Ostrzegła Kangurów, ale ci ją zignorowali. Kurpany przybył i zaczął zabijać Kangury. Ci co przeżyli atak musieli uciekać na południe Australii”.

Próbuję sobie wyobrazić osobnika z Ludu Kangurów Rudych. Filander to skrzyżowanie małego kangura wallaby z zającem. Olbrzymi pies Kurpany zapewne pożerał niewielkie kangurki. 

Kolejna tabliczka informuje, że przodkowie są tu wciąż obecni. Zimorodek Luunpa ciągle czuwa, ale jest dziś olbrzymią skałą. Ślady stóp potwora Kurpany odbiły się w Kamieniu i można je teraz podziwiać. Zabici ludzie wciąż przebywają w swojej jaskini. Opowieść poucza, że trzeba kończyć to, co się raz zaczęło i że nie wolno ignorować ostrzeżeń o zagrożeniu.

Dręczy mnie morał opowieści o Kangurach Rudych. Odmówili ludziom z zachodu, bo musieli kończyć, co już sami zaczęli. Ale tak sprowadzili na siebie zagładę. Gdyby przerwali własny rytuał, też pewnie zostaliby jakoś ukarani. Sytuacja bez wyjścia. Ciekawe, że żadna z legend nie wspomina o bogach. Aborygeni posiedli wiedzę niedostępną dla starożytnych pogan, żydów czy chrześcijan. Nie mieli złudzeń, że jakiś deux ex machina rozwiąże ich problemy. Nie potrzebowali teatru. Do dziś nie potrzebują. Wydarzenia w „czasach snu” rozwijają się wedle schematów niedostępnych dla ludzi żyjących w kulturowych czasoprzestrzeniach Zachodu. Ludzie Kangury nie posłuchali ostrzeżeń Zimorodka. A gdyby posłuchali? Co mogli zrobić, żeby się uratować? Uciekać na południe? Zostać i walczyć z diabelskim psem? Kobieta Pyton ledwo pokonała Mężczyznę Jadowitego Węża. Olbrzymi pies Kurpany był groźniejszy. To potężny duch, czysta energia zła. Czuję dziwny niepokój. Ta opowieść ostrzega mnie przed czymś. Przed czym? 

Mirek i Jerzy dochodzą do wielkiego parkingu Mala. Tam uaktywnia się nagle sieć internetowa. Piotr i Marta pytają, czy wszystko w porządku. Uuups. Jerzy spogląda na zegarek. 

Wiadomość od Piotra i Marty wybija nas z transu wędrowania wokół Kamienia. Musimy wracać. Oni też chcą odwiedzić Centrum Kulturalne Aborygenów. A zrobiło się późno. Jerzy bardzo się martwi, czy zdążymy przekazać im wypożyczone auto. Do zamknięcia Centrum została tylko godzina. No to wracamy. Nie udało nam się dotrzeć do skalnych malowideł na Kamieniu…

Mirek i Jerzy pędzą na parking. Tym razem auto odnajdują bez problemu. Jerzy sprawnie testuje możliwości trakcyjne niewielkiego samochodziku. Piotr i Marta czekają przy Outback Lodge. Bez słów przejmują od Jerzego kluczyki. Piotr chyba jest zły na Mirka i Jerzego, ale nic nie mówi. No cóż. Kamień wciąga ludzi w bezczas „czasów snu”.

Dopiero wieczorem uświadamiam sobie, że opuściłem Kamień bez pożegnania. A może takie spotkanie w Uluru, raz zainicjowane, nigdy się nie kończy, może jakaś cząstka mnie została wessana do „czasów snu” i pozostanie tam na zawsze? Może będę odtąd żył w wielu światach równocześnie? Aplikacja zdrowotna na moim smartfonie informuje, że dziś przeszedłem ponad dwadzieścia cztery kilometry. A przecież cały szlak wokół kamienia ma długość tylko dziesięciu kilometrów. Dwukrotnie okrążyłem Kamień? Kiedy? To mogło się wydarzyć wyłącznie w „czasie snu”, poza moją świadomością. No i w ogóle nie czuję zmęczenia. Przez osiemnaście godzin nie zdejmowałem butów. Skarpety są całkiem podarte. Nogi mnie jednak nie bolą.

Jak istnieje Kamień? To wielka zagadka. Przedmioty materialne wcale nie są banalne. Amerykański matematyk i filozof Joel David Hamkins twierdzi, że byty matematyczne, na przykład cyfra 4, są bardziej realne niż tak zwane obiekty materialne czy biologiczne. Bo jak istnieje człowiek? Tak jak Kamień? Czy inaczej? 

Jestem Aborygenem. Kamień to moja Księga. Idę spać.

Czy Mirek rzeczywiście spotkał Kamień? Na takie pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Kamień i Mirek zdają się funkcjonować w wielu rzeczywistościach symultanicznie. W świecie Mirka spotkanie z Kamieniem było realne. W Dreamtime mogło być śnieniem. Aborygeni pewnie uznaliby zachowanie Mirka za uzurpację i kulturowy neokolonializm. A co „myślał” Kamień?

O autorze