2022-06-13
2022-06-22
Dariusz Kosiński

Kronopio. Wspomnienie o Jerzym Gurawskim

Są ludzie, których spotkaliśmy tylko kilka razy, a wydaje nam się, że ich znamy bardzo dobrze i że łączą nas serdeczne więzi. Takim człowiekiem jest w moim odczuciu i pamięci Jerzy Gurawski, zmarły niespodziewanie 10 marca 2022 roku, wybitny polski architekt, a dla nas, związanych z dokonaniami i teatrem Jerzego Grotowskiego, twórca kluczowych, rewolucyjnych rozwiązań przestrzennych.

Spróbowałem policzyć, ile razy spotkałem Go na żywo, i ze zdziwieniem stwierdziłem, że bezpośrednio chyba tylko trzy. Ta nikczemna liczba oczywiście natychmiast każe postawić pytanie, jakie mam prawo pisać pośmiertne o Nim wspomnienie. Niech usprawiedliwi mnie to, że wielokrotnie kontaktowaliśmy się w sposób zapośredniczony, niemniej intensywny – przez lektury Jego wypowiedzi, przez moją pracę nad Jego projektami i przedstawieniami, które tworzył, ale także za pośrednictwem różnych środków współczesnej technologii – od telefonów (Jerzy Gurawski był z pokolenia, które wolało dzwonić niż mailować) po rozmowy on-line. Oczywiście to kompletnie co innego niż doświadczenia tych wszystkich osób, które miały możliwość pracować z Nim, odbywać wielogodzinne rozmowy w dymie z papierosów, które palił taśmowo, czy pić „wódeczkę”, którą lubił, ale której – jak mało kto – nie dał sobą zawładnąć. Mimo to mam poczucie, że jakoś Go znałem i że choć tak rzadko – za rzadko – Go spotykałem, mogę coś o Nim napisać nie tylko z perspektywy historyka teatru.

Doktor przestrzeni teatralnej

Od niej jednak trzeba zacząć. Od wyjaśnienia, jak to się stało, że architekt, który przez zaledwie osiem lat współpracował z jednym małym zespołem działającym w prowincjonalnym mieście, dokonał światowej rewolucji teatralnej, przygotowując przestrzenie do pięciu zaledwie przedstawień (Siakuntala, Dziady, Kordian, Tragiczne dzieje doktora Fausta, Książę Niezłomny), z których tylko dwa ostatnie były widziane przez większe grupy widzów spoza Polski. Oczywiście – i Jerzy Gurawski chętnie to przyznawał – wynikało to ze znaczenia całościowej rewolucji, której dokonał Jerzy Grotowski wraz ze swoimi aktorami, a która dotyczyła nie przestrzeni, a człowieka i procesu samopoznania, samoobjawienia i samoprzemiany możliwego dzięki działaniu teatralnemu, organicznemu. Zapewne – gdyby nie to, że Teatr Laboratorium objawił się w świecie jako oczekiwana i spełniona realizacja pragnienia nowej praktyki duchowej, wolnej od władzy religijnych hierarchii i dogmatów, teatralna praca Jerzego Gurawskiego nie zyskałaby takiego rezonansu. Nawet gdyby w swojej niezwykle udanej karierze architekta zajął się teatrem (co prawdopodobne, bo zajmował się nim intensywnie już przed spotkaniem z Grotowskim) i nawet gdyby odniósł w tej dziedzinie jakieś sukcesy (co też prawdopodobne, bo po prostu był człowiekiem sukcesu), to bez światowego rezonansu, jaki pracy Gurawskiego zapewnił sukces Teatru Laboratorium, Jego dokonania znaczyłyby mniej więcej tyle, ile dokonania tak ważnego dla niego Andrzeja Pronaszki czy – jak sądzę nie mniej ważnego – Szymona Syrkusa: wzbudziłyby swego czasu intensywne lokalne dyskusje, a po latach stałyby się przedmiotami naukowych dywagacji i reinterpretacji.

To wszystko prawda. Ale z drugiej strony, gdyby Jerzy Grotowski jesienią roku 1960 nie spotkał w Krakowie Jerzego Gurawskiego1, ten mógłby się jeszcze długo łudzić, że rozwieszając – jak w Kainie według Byrona (prem. 30 stycznia 1960) – elementy dekoracji wokół widowni i wprowadzając aktorów między widzów osiąga jakieś „uczestnictwo”. To dopiero Gurawski, dzięki swojej odwadze i twórczemu odwołaniu do dokonań przedwojennej awangardy, sprawił, że Grotowski przekroczył Rubikon – nie tylko zszedł z estradki i porzucił ramę prosceniową, ale całkowicie zerwał z teatrem jako miejscem, które zapewnia widzom dobry widok na obraz tworzony na scenie.

Jeśli zamiast kolejnych opisów tych pięciu przełomowych przedstawień pokusić się o syntetyczne określenie rewolucji w przestrzeni teatralnej, jakiej dokonali dwaj nieświęci Jerzy, to trzeba by powiedzieć, że polegała ona na zerwaniu z jakkolwiek rozumianą dekoracją obrazu scenicznego oraz z pracą nie nad tym, co się ogląda, ale nad tym, co jest dane do świadczenia. Na poziomie bardzo praktycznym rewolucję tę można opisać poprzez zerwanie z zasadą stałego dyspozytywu przestrzennego (budynku, sali), w którą wpisuje się scenografię (dawniej stałą, powtarzalną; współcześnie – za każdym razem nową). Gurawski pomógł Grotowskiemu wyzwolić się spod dyktatu warunków przestrzennych narzucanych przez uwewnętrznione wyobrażenie wytwarzane i umacnianie przez istniejące budynki, powstałe w większości na potrzeby przedstawień iluzyjnego teatru dramatycznego. To dopiero Jego pojawienie się w Opolu spowodowało, że na potrzeby każdego przedstawienia, w ścisłej relacji z Jego  koncepcją oraz z wypracowywaną sytuacją teatralną zaczęto tworzyć nowe układy przestrzenne, wyznaczające nową sytuację wyjściową, która warunkuje wydarzenie teatralne i związane z nim doświadczenie osób działających i świadków. Zaprojektowana przez architekta przestrzeń teatralna przestała być dekoracją czy nawet inscenizacją plastyczną (termin Pronaszki). Jej aspekty wizualne miały znaczenie drugorzędne (jak podesty przypominające rzeźby Jeana Arpa użyte w Dziadach) lub były świadomie minimalistyczne (jak działo się w Kordianie czy Księciu Niezłomnym). Najważniejsze stawały się aspekty performatywne przestrzeni, to znaczy to, w jaki sposób wpływa ona na działania aktorów i percepcję świadków, relacje między nimi oraz wynikające stąd doświadczenia. W procesie rozwoju i na drodze kolejnych prób architektoniczna i performatywna, a nie plastyczna i obrazowa inwencja twórcza Gurawskiego pozwoliła Grotowskiemu na odkrywane całego bogactwa wewnątrzteatralnych relacji wychodzących daleko poza wyjściowo obecną w jego tekstach opozycję widz – uczestnik. Wystarczy przeczytać wczesne teksty Grotowskiego, by zobaczyć, jak silne było u niego naiwne (choć wciąż żywione przez wielu) przekonanie, że jeśli się przekroczy lub zniesie granicę między sceną a widownią, to widzowie będą „uczestniczyć”. To właśnie współpraca twórczego architekta sprawiła, że Grotowski mógł w tak szybkim tempie (pięć lat!) przejść od prób reżyserowania widzów (Siakuntala), przez powoływanie wspólnoty (Dziady), do odkrycia siły, jaką ma jej kwestionowanie. I właśnie kwestionowanie wspólnoty doświadczenia w sytuacji przestrzennego dzielenia miejsca a nawet intymnej bliskości stało się od Kordiana stałym tematem i narzędziem pracy Grotowskiego i Gurawskiego. Proksemika szoku wywoływanego fizyczną bliskością i radykalną odmiennością doświadczeń, osobliwością aktów, które dzieją się na wyciągnięcie ręki – to właśnie kluczowa siła, którą odkryli „dwaj panowie G.” i którą w swojej przewrotności operowali w Kordianie i Tragicznych dziejach doktora Fausta. Ta bliskość połączona z budowanym na różne sposoby bolesnym doświadczeniem, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, stała się punktem wyjścia do jedynego i zarazem najważniejszego wspólnego ich dzieła, w którym pozwolili widzowi „tylko” patrzeć. W Księciu Niezłomnym niejako wrócili do podstawowej sytuacji teatralnej, a nawet widowiskowej, ale tylko po to, by ją zakwestionować, zawstydzić tych, którzy przy niej pozostają i wezwać ich do jej porzucenia.

Po tym przedstawieniu Jerzy Gurawski nie miał już nic więcej do zrobienia w teatrze. Grotowski jeszcze sprawdzał, czy i jak można zamienić świadków w czyniących, ale Gurawski porzucił teatr przed Apocalypsis cum figuris, by zająć się projektowaniem jak najbardziej realnych doświadczeń życiowych setek tysięcy ludzi. Warto by się kiedyś zastanowić, na ile Jego projekty i realizacje architektoniczne i urbanistyczne tworzone w duecie z Marianem Fikusem były kontynuacją prac teatralnych, na ile były „parateatralne”. Architektura polega wszak na projektowaniu doświadczenia poprzez kształtowanie przestrzeni. Ma oczywiste aspekty performatywne, jest przestrzenną dramaturgią doświadczenia. Nie wydaje się więc sensowne, obecne w recepcji dokonań Jerzego Gurawskiego (a nawet w Jego własnych wypowiedziach) oddzielanie twórczości teatralnej od architektonicznej. Istnieje między nimi płaszczyzna wspólna, którą – jak sądzę – łatwiej i zarazem głębiej zrozumieć można, analizując dorobek architekta z perspektywy doświadczeń doktora przestrzeni teatralnej.

Profesor to mój pseudonim

Gdyby Jerzy Gurawski przeczytał to wszystko, co właśnie napisałem, pewnie szczerze by się roześmiał i powiedział coś ironicznie i z humorem kwestionującego akademicki żargon i pewną podniosłość słów. „Rewolucjonista”? „Performatywność”? „Parateatralność”? Pewnie dodałby coś w stylu: „Wspaniale Pan to opowiedział, uczenie – ja tam nie wiem, robiliśmy fajne rzeczy i dobrześmy się bawili”. Wielokrotnie słyszałem z Jego ust to niedzisiejsze słowo „fajnie”. Równie często pojawiało się też słowo „wspaniały”. Ten „wspaniały Grotowski…, wspaniały i szalony…”. Mówiąc o teatralnej przeszłości, o swojej pracy i o związkach z Grotowskim, Jerzy Gurawski jak nikt spośród dawnych współpracowników Teatru Laboratorium unikał wzniosłości. Być może dlatego tak Go lubiano słuchać i dlatego ci, którzy reagują alergiczną niechęcią na wielkie słowa, nawet wypowiedziane tak wspaniałym stylem jak u Ludwika Flaszena, Gurawskiego cenili. Zakrawa to na paradoks, ale może właśnie On jedyny potrafił nawiązać kontakt ze współczesnością, opowiadając o Teatrze 13 Rzędów i wszystkich związanych z nim poszukiwaniach „głębinowych” językiem humoru i ironii. Nie oznaczało to negowania powagi, albo pomniejszania własnych osiągnięć czy znaczenia swoich dokonań. Jerzy Gurawski wiedział, co zrobił, zdawał sobie sprawę z roli, jaką odegrał w światowym teatrze, ale właśnie dlatego, że to wiedział, że miał pełną świadomość sukcesu, nie musiał go odgrywać, nie zabiegał o nieustanne dopieszczanie swojego poranionego „ja”. Ego to oczywiście największy wróg ludzi twórczych, działających publicznie i potrzebujących uznania jako paliwa do dalszej pracy. Ego Jerzego Gurawskiego było jego domowym zwierzęciem, chyba kotem – siedziało mu na kolanach, prosiło, by go drapać za uchem i po brzuchu, a że było urocze i niezwykle zabawne – dostawało zawsze, czego potrzebowało i nigdy nie musiało pokazywać pazurów, krzyczeć na nie dość żarliwie chwalących krytyków i historyków. Dzięki temu obcowanie z Gurawskim, pisanie o Nim było tak wielką przyjemnością.

Tu wreszcie mogę się odwołać do własnych doświadczeń, bo tak się złożyło, że zupełnie niedawno opublikowałem artykuł o Jerzym Gurawskim2 i zredagowałem wraz z Dorotą Buchwald księgę, w której jest on bardzo mocno obecny3. Miałem mu obie te publikacje zawieźć, już, już byliśmy umówieni na spotkanie w Poznaniu, gdzie wybieraliśmy się z Robertem Rumasem, ale pandemia pokrzyżowała te plany. Pismo z artykułem wysłałem. Dorota Buchwald posłała trzy tomiszcza Zmiany ustawienia. Po jakimś czasie dostałem maila ze skanem wyrysowanych podziękowań, w których jest dokładnie to, o czym próbuję tu pisać – wdzięczność, całkowity brak potrzeby dokarmiania ego przez jakieś sprostowania, uzupełnienia, uwagi, że za mało, bo o innych więcej (wielokrotnie spotykałem się z takimi reakcjami w przypadku innych osób). Wręcz jest jakaś radosna niedbałość o to, co inni mówią i piszą, wynikająca – jak sądzę – właśnie z pewności znaczenia tego, co się zrobiło.

A też chyba z bijącej z Jerzego Gurawskiego pewności, że miał udane życie. Nie wiem i nie mam zamiaru weryfikować tego wrażenia, ale ile razy z nim rozmawiałem, tyle razy miałem stuprocentową pewność, że rozmawia ze mną człowiek spełniony, szczęśliwy, którego życie było „fajne” i „wspaniałe”, pełne radości, spotkań, ludzi, przeżyć, twórczych dokonań. Nie wiem, czy kiedykolwiek spotkałem człowieka tak całkowicie pozbawionego goryczy i smutku. Możliwe, że był to sposób zachowania i działania wobec osoby z zewnątrz, którą przecież byłem, i że ludzie znający Jerzego Gurawskiego bliżej, bardziej prywatnie, na co dzień, powiedzieliby coś innego. Ale ja, gdy myślę o Nim, gdy Go sobie przypominam, natychmiast widzę uśmiechniętą radośnie twarz i słyszę pełen humoru głos i ten niepodrabialny ton lekkiej a ciepłej ironii, z jaką mówił o sobie, Grotowskim, teatrze, architekturze, życiu.

Popisem tego sposobu bycia było ostatnie spotkanie, w jakim uczestniczyłem. Znowu zapośredniczone medialnie, ale jednak szalenie bezpośrednie. W ramach poświęconego scenografii kursu Otwartego Uniwersytetu Poszukiwań realizowanego w mijającym sezonie w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego zaprosiliśmy Jerzego Gurawskiego do wygłoszenia wykładu i wzięcia udziału w warsztatach z grupą roboczą. Miał i chciał przyjechać do Wrocławia, ale ostatecznie z powodów zdrowotnych poprosił o możliwość udziału zdalnie. Spotkanie, które poprowadził z nim Jarosław Fret w rocznicę śmierci Jerzego Grotowskiego, 14 stycznia 2022, było komentowaną prezentacją własnej biografii i dorobku4. Podobną opowieść słyszałem już wcześniej, chyba w 2018 roku, gdy w ramach projektu „Zmiana ustawienia” zorganizowaliśmy na scenie „Malarnia” Teatru Polskiego w Poznaniu spotkanie z Jerzym Gurawskim. Nie wiem, czy winna była późna pora, czy zdalna formuła, ale ale spotkanie nie było w pełni udane. Widać było, że mówiącemu brakuje żywej obecności reagujących ludzi, że osuwa się w formuły, których już używał i które Jego samego już nie inspirują. Żałowaliśmy, że nie możemy Mu zadać pytań. Na całe szczęście następnego dnia rano, w trakcie warsztatów połączyliśmy się ponownie. Gurawski był w wyśmienitej formie, a że laptop, przez który rozmawialiśmy stał na stole, mógł widzieć twarze rozmówców i rzeczywiście odpowiadał na zadawane pytania. Jeśli postać pełnego radości, autoironicznego człowieka spełnionego była rolą Jerzego Gurawskiego, to tego dnia wykonał ją mistrzowsko. Mówiliśmy do niego z atencją, a on bawił się nią, nabijając się z nas i z siebie. W pewnym momencie, gdy po raz kolejny ktoś powiedział do Niego per „Panie Profesorze”, bez namysłu wypalił: „A dajcie spokój! Profesor to mój pseudonim”. Wiem, że było to stwierdzenie prostego faktu odnotowanego nawet przez Wikipedię, ale zapisałem sobie tę maksymę i polecam bardzo pamięć o niej wszystkim, których, z tych czy innych powodów, nazywa się profesorami…

Tamto spotkanie trwało chyba niepełną godzinę, ale było prawdziwą erupcją energii, radości, temperamentu. Natychmiast mi się przypomniało, gdy dwa miesiące później dostałem wiadomość, że Jerzy Gurawski zmarł. Wiadomość niekwestionowana, ale przecież nieprawdziwa. Tyle życia nie może tak po prostu umrzeć…

Kilka dekad temu, w czasach wciąż prześwietlonych blaskiem kontrkultury, wielką popularnością (przynajmniej w pewnych kręgach) cieszyły się Opowieści o kronopiach i famach Julia Cortazara5. Trudno to wytłumaczyć komuś, kto tej książki nie czytał, ale myślę i czuję, że trzeba powiedzieć tak: Jerzy Gurawski to był wielki, wspaniały kronopio.

O autorze

  • 1. Tu zresztą potrzebne są drobne wyjaśnienia – Jerzy Gurawski wielokrotnie wspominał, że spotkał Grotowskiego w klubie „Pod Jaszczurami”, gdzie miał on wykłady o filozofii hinduskiej. To prawdopodobnie jedno z wielu w Jego wspomnieniach „omsknięcie się” pamięci. Grotowski wykładał w sąsiadującym z „Jaszczurami”, nieistniejącym już niestety Teatrze 38 o wiele wcześniej – w roku akademickim 1957/1958. Jesienią 1960 był w Krakowie, ponieważ obronił pracę dyplomową z reżyserii w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej (10 października). Może dwaj świeżo upieczeni absolwenci krakowskich szkół wyższych spotkali się właśnie wtedy? Może na jakimś oblewaniu tego przełomowego momentu, co potem Gurawskiemu mogło się skleić z wykładami o filozofii indyjskiej, których mógł oczywiście słuchać „Pod Jaszczurami”? To oczywiście drobiazg, ale skoro jest okazja, to uznałem, że warto zasygnalizować tę niezgodność.
  • 2. Zob. Dariusz Kosiński: The architecture of the theatre experience: Jerzy Gurawski‘s collaboration with Jerzy Grotowski, „Проблеми На Изкуството („Art Studies Quarterly”), 2020 бр. 3, s. 3–11.
  • 3. Zob. Zmiana ustawienia. Polska scenografia teatralna i społeczna XX i XXI wieku, t. 1–3, redakcja Dorota Buchwald i Dariusz Kosiński, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, Warszawa 2020.
  • 4. Zob. zapis spotkania Przy stole. Architektura doświadczenia i świadectwa w Tragicznych dziejach doktora Fausta.
  • 5. Zob. Julio Cortazar: Opowieści o kronopiach i famach i inne historie, przekład Zofia Chądzyńska, Czytelnik, Warszawa 1973.