2025-11-27
2025-12-02
Krzysztof Czyżewski

Grot świetlistej strzały. Jerzy Grotowski 14 stycznia 1999

Odłożyłem telefon i wyszedłem z wieży. Mżyło. Na Mursteg z rzadka pojawiali się przechodnie. Kładka wydała mi się dobrym miejscem. Coś mnie tu zatrzymało. Łączyła stary Graz z brzegiem dawnych peryferii teraz wybijających się na nowoczesność.

Wszystko wokół zaczęło nabierać symbolicznych znaczeń. Śmierć przyjaciela budziła pamięć. I nie miało znaczenia, że on pewnie nigdy tu nie był. Ważne było wkroczenie w przestrzeń i czas pomiędzy, gdzie wszystko powiązane jest ze sobą gęstą siecią korespondencji wprawianych w ruch, udrożnianych przez świadomość. Śmierć bliskiej osoby obdarowuje nas szczególnym czasem obcowania, granicznym, kiedy przejście nie jest strzeżone tak rygorystycznie jak zwykle. Człowiek rozpięty między prastarym a nowoczesnym, eksperymentujący w poszukiwaniu nowych horyzontów i wierny tradycji, obcy wśród swoich i swój w spotkaniu z innym. Czyż nie kimś takim był Grot?

Kładka biegnie od rynku z fontanną, najstarszej czakry miasta, gdzie wybiło źródło i gdzie wschodzi słońce; spod góry ujarzmionej obronnym zamkiem z piękną Uhrturm. Musiało to być kiedyś miejsce widzenia od krańca świata do krańca. Tak jak widział młody Jakub Icchak Horowic z Lublina. Grot podarował mi kiedyś o nim książkę, Goga i Magoga Martina Bubera. By przysposobić się do życia w tym świecie, Jakub prosił Boga o zaćmę. Na próżno, wciąż widział więcej, wciąż przezierał tajemnicę losu spotykanych ludzi, więc zawiązywał sobie opaskę na oczy, aż stał się krótkowidzem1. W Grazu na szczycie góry, w sercu Schlossbergu wzniesiono Uhrturm. I tu, choć inaczej niż u lubelskiego cadyka, bezkresne widzenie stało się krótkowzroczne, mierzone precyzyjnie odliczanymi jednostkami czasu. Zegar miał być widoczny z każdego miejsca w mieście, więc by ułatwić życie ludziom, zmieniono tradycyjne zasady: duża wskazówka, widoczna z oddali, wskazywała godziny, a mała minuty. I tak pozostało do dzisiaj. Również dzwonom odebrano wieczność i bicie w ostatnią godzinę, oddając je w służbę Chronosowi. Urthurm stała się mieszkańcom tak niezbędna do życia, że wykupili ją od zwycięskich wojsk Napoleona, które już przystąpiły do burzenia zamku. Dzisiaj jej dolne pomieszczenia służą za rezydencje dla pisarzy. I tak stałem się mieszkańcem wieży. Dzisiaj uderzył w nią kairos. Jej dzwony nie brzmią już tak, jakby nic się nie stało, oddając człowieka znikomości czasu i nieuchronności kresu. Zatrzymany na Mursteg, słyszę jak dzwony Uhrturm wchodzą w pomiędzy i budzą obecność niepoddaną prawom Chronosa. I pamiętam, że Grot pojawił się w moim życiu niczym kairos, pod prąd konieczności, którą w języku próbujemy tchórzliwie obłaskawić przymiotnikiem „życiowa”. Tymczasem inne życie jest możliwe.

„Pewnego razu Mistrz Eckhart…” Nie pamiętam już, czy ten zapis w notesie poczyniłem po rozmowie z Grotem, czy też po lekturze kazań i traktatów w przekładzie Jerzego Prokopiuka, które mi polecił2. Więc pewnego razu Mistrz Eckhart spotkał nagiego chłopca. Zapytawszy go, kim jest, usłyszał, że królem. A gdy spytał o jego królestwo, chłopiec wskazał na serce. Mistrz zapragnął odziać chłopca w opończę, osłonić przed chłodem i wiatrem, przed światem. Usłyszał wtedy, że przyjmując ten dar, chłopiec przestałby być królem. Legenda dopowiada, że był piękny. Jakby mogło być inaczej. Jakbyśmy ciągle musieli dopowiadać, że rozumienie to sprawcze działanie. Od pierwszego spotkania Grot był dla mnie poetą; nie w sensie pisania wierszy, lecz w sensie czynienia słowa sprawczym. Rozebranie się z opończy/zapomnienia do nagości, której przejawem był jego „teatr ubogi”, to praca nad pamięcią o tym, że jesteśmy dziećmi króla, że inne życie jest możliwe.

*

Kładka nad Murą biegnie ku zachodniemu brzegowi, prowadząc do dzielnicy Lend. Oprowadzał mnie po niej Max Aufischer, mój rodak z ojczyzny zwanej Europą Środkową. Za kilka lat Graz ma zostać Europejską Stolicą Kultury, a Max jest jednym z twórców jej programu. Pokazywał mi mapę, na której Mursteg ma łączyć Altstadt z nowoczesnym Kunsthaus, zaplanowanym jako futurystyczna budowla o symbolicznej nazwie Friendly Alien. Obaj chcemy takiej Europy, takiego świata. Nie raz rozmawialiśmy o tym w „Pograniczu” podczas Środkowoeuropejskiego Forum Kultury. Teraz jednak i ten symbol nie tyle zmienia, ile rozszerza swoje znaczenie. Przenikając w wymiar metafizyczny, oświetla sylwetkę Grota. Dobrze do niego przylega imię Friendly Alien. W swej osobności – przychodzący skądinąd i zawsze gotowy do odejścia daleko w nieznane – był jednocześnie niezwykle przyjacielski. Nie spotykaliśmy się często, niewiele napisaliśmy do siebie listów, nie pracowaliśmy razem. Mogłoby zatem uchodzić za uzurpację z mojej strony nazywanie go przyjacielem. Niewątpliwie tak by było w przypadku wielu innych osób. Ale nie Grota. Już spotkawszy mnie po raz pierwszy, sprawił, że poczułem się jak osoba mu bliska, znana od dawna, właściwie od niepamiętnych czasów; znikało napięcie, opadały maski, sztuczne okazywały się wszelkie formy dystansu, respektujące różnice wieku, doświadczenia, pozycji. Mistrz Eckhart spotyka chłopca, który przed nim staje się nagi. I to on, ten chłopiec jest królem. Naprawdę?

Zaczynam chodzić po kładce w tę i z powrotem, siąpiący deszcz zacina, starsza pani walczy z parasolką na wietrze. Tak, tak przecież było. W każdej rozmowie z nim stawałem się królem. Słuchał mnie, jak się słucha króla. Spisywał opowieści i pieśni o końcu świata z moich podróżnych notesów, jakby to były królewskie księgi. Dawał mi odczuć, że to, co robię, to, o czym marzę, jest najważniejsze na świecie, właśnie królewskie. Niedostrzegalnie wydobywał ze mnie to, co najlepsze, świetliste, w czym tliło się moje bycie. W obcowaniu z Grotem pamiętałem siebie. Jak to możliwe? Nie czyniłem przecież ruchów, nie ćwiczyłem ciała żadną z zalecanych przez niego technik, nie medytowałem, nie praktykowałem rytualnych działań uwalniających mnie od „opończy”…

Friendly Alien. Przyjazny obcy. Moc uwalniająca się w spotkaniu z Grotem, w doświadczaniu owoców jego pracy, ma swoje źródło w złączeniu tych słów. Nie wystarczy sam przyjaciel. I nic mi po obcym, który idzie w swoją stronę. A może nie ma prawdziwej przyjaźni bez tego, co spoza nas, bez choćby szczypty pyłu gwiezdnego w międzyludzkim cieście, urabianym psychofizyczną siłą naszych rąk? A może jedynie z zaprzyjaźnienia jest tęsknota obcego za spotkaniem ze mną, za przyjęciem gościny w czystej izbie mojego domu, za powrotem z wygnania?

*

Most się zwykle przechodzi. Dzisiaj coś mnie na nim zatrzymało. Brakuje mi tylko kapiji. W filozofii otomańskich neimarów była ona małym gościńcem na moście, miejscem wytchnienia i poczęstunku, nawiązania rozmowy z przybyszami z drugiego brzegu. Wczorajszego wieczora rozmawiałem o tym z Dževadem Karahasanem, moim sąsiadem w wieży, Sarajlią, wspaniałym hermeneutą bałkańskich palimpsestów. Po tym spotkaniu osadziła się we mnie kapija jako rozszerzenie – mostu, słowa, domu, czasoprzestrzeni, siebie samego ku innemu i nieznanemu, więcej – ku sobie innemu i nieznanemu. Grot – jego obecność pośród nas, którzyśmy go spotkali czy w inny sposób doświadczyli – to było rozszerzenie. Człowiek-gościniec.

Co dla jednych było końcem drogi, dla Grota stanowiło zaledwie początek. Nie wiem, czy tego można się nauczyć – bycia w ciągłym procesie zgłębiania siebie i świata? Może w każdym z nas posiane jest takie ziarno, bezsenne i dalekowidzące, potrzebuje tylko użyźnienia, światła, akuszera. Ale dlaczego właśnie dzisiaj to ziarno tak mocno daje mi znać o sobie? Może to dzięki niemu znamy się z Grotem od tak dawna? Teraz jest połowa stycznia, telefon od Piotrusia Borowskiego, zatrzymanie na Mursteg… Czas rozszerzenia. Przede mną pusta noc. Muszę się przygotować do rozmowy z Grotem.

*

Położyłem się na łóżku i czekam. Notesy, tekst Performera, jego fotografia z Brookiem, książki Eckharta i Stachury, Life is real only then, when „I am” Gurdżijewa3, wiersze Miłosza, wypisy z Mertona. To wszystko, co mam przy sobie dla nawiązania rozmowy. Może niewiele, ale i tak z wdzięcznością spoglądam na plecak, w którym zawsze znajduję miejsce dla przeszkadzajek zapomnienia, zawsze kosztem ubrań na zmianę i wałówki na drogę. Pokój jest po austriacku oszczędnie urządzony, za to z rzetelnym uzbrojeniem tego, co do życia niezbędne, przypominający trochę klasztorną celę. Im gęstsza staje się noc, tym bardziej zaczynam wyczuwać jego obecność.

Najważniejsze rozmowy z Grotem toczyliśmy nocą. Była też jedna nad ranem, we Wrocławiu, w późnych latach siedemdziesiątych, w jedynym wtedy miejscu, gdzie można było przycupnąć i napić się czegoś ciepłego, czyli na dworcu kolejowym. Ale najgłębiej zapadły mi w pamięć prawie szeptane, by snom innych nie przeszkodzić, rozmowy w Gardzienicach. Pracowaliśmy nad etiudami do Guseł, po dwie, trzy osoby schodziliśmy na dół do kaplicy, ponoć ongiś ariańskiej. Po próbie wracaliśmy na piętro, do ogromnej sali, jedynej w opustoszałym pałacu, którą mogliśmy ogrzać trociniakiem. Układałem się do snu w śpiworze na rozłożonym na podłodze materacu, trochę jeszcze czytając przy świeczce albo coś zapisując w notesie. I wtedy przysiadał się do mnie Jerzy. Nie ingerował w naszą pracę, nie schodził do sali prób, tylko zwyczajnie był.

Moi starsi koledzy, którzy w przeszłości pracowali z Grotem, mieli z nim pewnie jakieś sprawy do omówienia. Dla mnie jego cicha, kilkudniowa obecność była po prostu „jako znak przyjazny”. Tak mi napisał dziesięć lat później w liście, wkładając do koperty – jak w tamtym czasie siebie do naszego gardzienickiego królestwa – kartkę pocztową z fotografią, na której siedzą z Peterem Brookiem zanurzeni w rozmowie, trzymając w nogach podróżne plecaki. Na odwrocie napisał tylko „Krzysztofowi 22 V 90”, ale w liście – niejako na usprawiedliwienie – dodawał, abym przyjął tę pocztówkę „jako ciekawostkę, ale także, jako znak przyjazny”.

Peter Brook i Jerzy Grotowski. Fot. nieznany, z Archiwum Instytutu im. Jerzego GrotowskiegoCiekawostką było jego ni stąd, ni zowąd pojawienie się w teatrze prowadzonym przez Włodka Staniewskiego, skłóconego z nim – jak mi mówiono – a bardziej może zbuntowanego przeciwko niemu. Darem Grota była sztuka przemienienia w znak przyjazny negatywnej energii zatruwającej międzyludzkie relacje knuciem w podstolikach o tym, co nigdy nie miało odwagi zostać wypowiedziane przy wspólnym stole.

Przysiadając się do mnie w nocy, zagajał o różne rzeczy. Interesowały go moje rozmowy z wiejskimi starcami, zwłaszcza o końcu świata, apokaliptycznych proroctwach i wizjach życia pozagrobowego. Opowiadałem mu o Księdze Michaldy, jak ją nazywano na wsi, wokół której ludzie zbierali się po domach, by czytać na głos zapisane w niej przepowiednie i je komentować; o swoich podróżach do klasztorów na Grabarce i w Jabłecznej, o spotykanych tam „piewczych”, posiadaczach grubych zeszytów zapisanych długimi tekstami pieśni, które śpiewano podczas całonocnego czuwania (wsienocznoje bdienije); o Antonim Górzyńskim, muzykancie z wiosek w okolicach Janowa Podlaskiego, grającym na harmonii i śpiewającym „Sybilla mówi nam święta, że żyć będziem jak zwierzęta…”, a przy tym wirującym jak derwisz (Gusła kończyła scena mojego wirowania i inkantacji do tekstu Mickiewicza, będąca swoistym przeszczepem performansu bożego grajka znad Buga).

Niektóre z moich notatek i pieśni przepisywał do swojego zeszytu. Długo rozmawialiśmy o Stachurze. Uważał Fabulę rasę za tekst objawiony. Szczegółowo wypytywał mnie o spotkanie ze Stedem, o jego przyjaciół, do których zamierzał się udać. A potem to on zaczynał mówić, niby piastun bajkę do snu. Po przebudzeniu się rano, a czasem wcześniej, do kolejnej próby na dole, nie miałem pewności, gdzie kończyła się jego opowieść, a zaczynało moje snucie po jawie. Teraz odpamiętują się we mnie opowieści o „świetlistym bliźniaku”, o Widzącym z Lublina, pamiętającym siebie Gurdżijewie, o człowieku wewnętrznym i człowieku-nikt.

Leżę na łóżku, czytam, notuję, pod zamkniętymi powiekami zbieram myśli i wspomnienia. Żałuję, że nie zabrałem ze sobą świeczek, tych prawdziwie woskowych, które wciąż jeszcze wyrabia i dostarcza mi za opłatą zaprzyjaźniony starowier. Nawet zapalone w pomieszczeniu oświetlonym elektrycznie, zmieniają światło na cieplejsze i głębsze. Coraz mocniej czuję jego obecność.

Ciemny. „Jeszcze ciemniejesz… Jeszcze martwieje martwe ciało. Jeszcze martwość w miłości obumiera… Jeszcze umierasz”. To słowa z wiersza napisanego w Poznaniu, po obejrzeniu Apocalypsis cum figuris. Wiersz słaby, ale niektóre jego fragmenty jakoś dobrze rezonują z czasem pustej nocy. Wypisuję je teraz z notesu. Ciemny w sensie wygaszania siebie-uzurpatora, świecącego w oczy innych władzą i sławą, ale też oślepiającego siebie. Stawał się „ciemnością dla podążających ku światłu”. Kryła się w tym wiarygodność Nauczyciela. Musiał poradzić sobie z lux – światłem zmysłowym, które za kabalistami tak określał Oskar Miłosz, nauczyciel czeladnika Czesława.

Lux rzuca na ludzi różne plagi, w tym najtrudniejszą do wyleczenia: megalomanię. Jest śmiertelna, choć w środowiskach artystycznych zbyt łatwo i zupełnie fałszywie uznawana jest za nieoddzielną od mistrzostwa. Fałsz w tym przypadku nie dotyczy megalomanii tylko rozumienia mistrzostwa. Co więcej jest to choroba zbiorowa. Megaloman – w odróżnieniu od alkoholika czy narkomana – nie może zatruwać się w samotności, musi mieć wokół siebie „fanów”, którzy codziennie od rana będą częstowali go używką uwielbienia. Zatem to ludzie teatru i innych sztuk zespołowych są szczególnie na tę chorobę podatni. Ileż to razy byłem świadkiem dramatu tych, których geniusz (do znalezienia w każdym z nas) przemieniał się w osobową i twórczą grafomanię. Zagrożenia płynącego ze strony lux nie pokona się byle czym, mając w dyspozycji jedynie instrumentarium zmysłów i życiowego ratio. Potrzebne jest coś więcej, coś, co można by określić transgresją w wymiar drugiej przestrzeni, co mogłoby stanowić początek podróży teurgicznej, opromienionej lumen – światłem duchowym, rozprzestrzeniającym się ruchem metafizycznych korespondencji4.

Zaczynam bardziej uświadamiać sobie, co za dnia przydarzyło mi się na Mursteg. Powracam do momentu, w którym wiadomość o śmierci przyjaciela zatrzymała mnie na moście, skąd świat stał się inaczej oświetlony, i skąd Mnemozyne zaczęła wprowadzać mnie w rzeczywistość pomiędzy, gęstą od symboli, teraz, dzięki odkrywaniu ich korespondencji, zadziwiająco dla mnie czytelnych. Ten stan trwa nadal i również w czas pustej nocy widzę Grota w innym świetle. Tęsknota za lumen musiała towarzyszyć mu od bardzo dawna. Ksiądz Franciszek Tokarz, pierwszy ważny dla chłopca nauczyciel wprowadzający go w świat hinduizmu i joginów, musiał tylko mocniej poruszyć istniejącą w nim strunę. Czy mogłaby się zrodzić w młodym człowieku tak silna tęsknota za światłem duchowym, gdyby u jej początku nie spoczywało doświadczenie olśnienia, doświadczenie naoczności lumen? Znane są dalsze koleje losu tego młodzieńca. Jako syn króla, zostaje wysłany w świat na poszukiwanie Perły. I zapomina skąd jest i po co wyruszył w drogę.

Gnostycki Hymn o Perle był ważnym punktem odniesienia w naszych rozmowach, choć zapoznałem się z nim dzięki Miłoszowi i jego „wolnej przeróbce” tego tekstu, zamieszczonej w tomie poetyckim o takimże tytule. Dla mnie był to jeden z dowodów duchowego pokrewieństwa tych tak bliskich mi ludzi, posłańców i przekaźników starej tradycji. Grot nigdy nie wypierał się tego pokrewieństwa, czytał i ogromnie cenił Miłosza, prosił mnie o jego książki, szczerze zachwalał moją pracę magisterską o nim, którą podarowałem mu w maszynopisie. Inaczej Miłosz. Był wobec Grota uprzedzony i nigdy się z tego nie uwolnił. Postrzegał go przez pryzmat „różnych guru”, których kult, połączony z powierzchownym synkretyzmem religijnym i kalifornijską, głównie hippisowską odmianą kontrkultury bardzo go drażniły. Wiedział o moich powinowactwach z teatrem alternatywnym i jak tylko podczas rozmowy pojawiał się ten temat, wyraźnie się do niego dystansował. Gdy któregoś razu spróbowałem się dowiedzieć więcej, skąd to jego uprzedzenie, opowiedział mi o tym, jak kiedyś przysłano mu do Berkeley płytę z nagraniem Dziadów w reżyserii Konrada Swinarskiego i jak boleśnie to przeżył. „To był jakiś bełkot – mówił. – Nic nie dało się usłyszeć. Słowo Mickiewicza zostało sponiewierane”. Starałem się mu powiedzieć, że – pomijając fakt, iż nie był to spektakl Teatru Laboratorium tylko Starego – nagranie płytowe nie oddaje prawdy o spektaklu; że Grot wykonał równie radykalną pracę nad tym, aby nie stać się „guru” w Ameryce, tak jak Miłosz nie chciał stać się „wieszczem narodowym” w Polsce; że łączą ich Mickiewicz, Simone Weil i „trucizny manichejskie”; że przeszli przez szkołę „ćwiczeń duchowych” Loyoli, co nie pozostało bez wpływu na ich twórczość; że spotykają się na ścieżce wiary w apokatastasis; że obaj są pracowitymi czeladnikami, wiernymi etosowi rzemiosła, gorliwej precyzji i szacunku dla konkretu; że mają podobnych wrogów — zniewolony umysł i lenistwo duchowe. Pan Czesław spojrzał wtedy na mnie uważnie, mocno poruszając brwiami, ale jak się wydaje, pozostał przy swoim. Nie powiedziałem mu wszystkiego. Jest oczywiście więcej miejsc styku pomiędzy nimi. Dla mnie obaj są wcieleniem homo ritualis, dla których życie wykorzenione z wyobraźni religijnej, pogodzone z utratą drugiej przestrzeni i głuche na kosmiczną inkantację, traci grunt pod nogami. Obaj pozostali wierni widzeniu innego światła w dzieciństwie i dzieląc podobny stosunek do zinstytucjonalizowanej religii, w poezji i w teatrze stworzyli „laicki rytuał”, zbliżając się do obiektywnej obecności w prawdzie.

Na obraz Grota przemierzającego świat w poszukiwaniu okruchów światła, którym kiedyś został olśniony, nakłada się obraz dojrzałego artysty, który zdobył sławę i pozycję przewodnika duchowego dla wielu ludzi. Musiał zdawać sobie sprawę z kryjącego się za tym zagrożenia. Potrzeba wewnętrznej transgresji nie wiązała się już tylko z tęsknotą za lumen, ale również z instynktem przeżycia. Im wyżej się wspiął, tym realniejsze było śmiertelne zagrożenie ze strony lux. Pracując z aktorami nad „aktem całkowitym”, Grot reżyser i nauczyciel pracował również nad „aktem przekroczenia siebie”. Niewiele znam osób takich jak Miłosz i Grot, które zbliżając się do stworzenia arcydzieła, czego kosztem były i rozbuchane ego i urok rzucany przez Narcyza, potrafiły jednocześnie dokonać duchowej transgresji, a w konsekwencji obronić dziecko w sobie, pamiętać siebie. Ciemny w teatrze Grota, to nie tylko wyreżyserowana postać sceniczna, w którą wciela się aktor Ryszard Cieślak, to także praca, którą reżyser wykonuje nad sobą, stając się Ciemnym, bo tylko dzięki temu nie zgubi świetlistego śladu, nie zapomni siebie.

Zawsze zastanawiało mnie, kim jest Grot. Obok ogromnej wiedzy i doświadczenia, miał w sobie świetlistość i wewnętrzną moc właściwą joginom, eremitom czy mistrzom technik rytualnych, do których podróżował i których zapraszał do Teatru Źródeł. Wszyscy oni osiągają to na drodze wieloletnich praktyk fizycznych, medytacyjnych i obrzędowych. Oni ćwiczą, oddają się wykonywaniu metodycznych, cielesnych i duchowych zadań; on patrzy i słucha. Napisał o sobie, że Nauczyciel zdobywa wiedzę przez inicjację albo kradzież. Z pewnością doświadczył jednego i drugiego. Nie wyczerpuje to jednak tajemnicy jego obecności w świecie, tego, kim był pośród nas. Obiecuję sobie powrócić jeszcze do tych pytań w dalszej rozmowie. Na ten moment zapamiętuję tylko, jak ważnym dla tego, kim był okazuje się jego wewnętrzny agon, walka na śmierć i życie w obliczu zagrożenia ze strony lux i potrzeby wierności widzeniu innego światła. Grot miał swój wewnętrzny „teatr ubogi”, w którym stał się praktykiem „aktu przekraczania siebie”. I w tym teatrze siłą rzeczy musiał stać się Ciemnym, gdyż: „Samą wolą nie daleko się zajedzie i sekret polega bardziej na uleganiu niż na działaniu”. Tak, zdanie to mogłoby zostać wypowiedziane przez Grota, ale też wcale mnie nie dziwi, że zapisał je w Ziemi Ulro Miłosz5.

Noc gęstnieje. Zegar na Uhrturm wybija kolejną godzinę. Grot zbliża się teraz do mnie od strony listu, tego z maja 1990 roku. Duża koperta z nadrukiem CENTRO PER LA SPERIMENTAZIONE E LA RICERCA TEATRALE z Pontedery i z pieczęcią „Nadszedł w stanie otwartym”. Włożył do niej tekst Performer, pisany na maszynie bez polskich znaków, które zostały dopisane ręcznie. „Chciałbym, abyś przeczytał właściwy tekst polski Performera”. Podkreślił to zdanie. Kryła się pod nim aluzja do przekładu dokonanego przeze mnie wspólnie z Leszkiem Kolankiewiczem. Tłumaczenie zamieściliśmy w broszurze będącej wewnętrznym materiałem „Wioski Spotkania”, zdarzenia organizowanego latem w Czarnej Dąbrówce przez nasz z Małgosią teatr „Arka” i Teatr „Berg” Bożeny i Wojtka Szroederów. Był rok 1988. Temat spotkania Teatr – Święto – Rytuał. Wcześniej, w kwietniu tego roku otrzymałem od Grota list z książeczką wydaną przez Centro di Lavoro di Jerzy Grotowski w Pontederze6, na której okładce było napisane „Krzysztofowi Czyżewskiemu i wszystkim Przyjaciołom. Grot – IV, 1988”, a pod spodem wypisane numery stron, na których znajdowały się francuska i angielska wersja Performera (poza tym znajdowały się tam jeszcze teksty Roberta Bacciego A Necessary Job i Petera Brooka Grotowski, Art As a Vehicle). Pojawiłem się z tą książeczką u Leszka w jego mieszkaniu na warszawskim Ursynowie i w nocy, gdy już Marysia położyła się spać, zabraliśmy się za tłumaczenie. Obawiając się, że słowo „performer”, wbrew intencjom Grota odczytywane będzie w znaczeniu, jakie utrwaliło się dla artysty odgrywającego performanse, spolszczyliśmy je w brzmieniu Wykonawca7. Potem doszły nas słuchy, że Grot nie był kontent z przekładu i nie autoryzowanej przez niego publikacji. Niezależnie od tego i w dużej mierze dzięki rozmowom z Leszkiem przy pracy nad przekładem, tekst ten zasiał się we mnie głęboko. Czytam go teraz w wersji autoryzowanej przez Grota i zdaję sobie sprawę, że całe jego fragmenty znam na pamięć.

„Nauczyciel – jak w rzemiosłach – to ten, przez kogo nauczanie przechodzi: nauczanie trzeba otrzymać, ale tylko osobisty może być fakt, jak praktykant na nowo odkrywa je i w nim się pamięta”. Czytałem późniejsze edycje tego tekstu, angielskie i polskie, i z zaskoczeniem odkryłem, że zostało z nich wykreślone „pamiętanie siebie”. Pomyślałem, że pewnie ta „kradzież” z Gurdżijewa nie była już Grotowi potrzebna, że bronił się przed zbytnim utożsamianiem jego pracy z „ezoteryczną sektą”. Niezależnie od tego, jakie były tego powody, dla mnie niezmiennie ważna pozostawała wiedza kryjąca się za wykreślonymi z Performera słowami. Tym bardziej, że wiąże się ona z jedną z najpiękniejszych opowieści, jaką usłyszałem od Grota oraz z prawdą o tym, kim w istocie on był dla mnie i w czym kryło się jego imię.

Dobrym obyczajem naszej przyjaźni było obdarowywanie się książkami – podczas spotkania, poprzez wysłanników, w przesyłkach pocztowych. Nie były to książki kupione specjalnie z myślą o podarunku, tylko przez nas przeczytane, a właściwie zaczytane, za Mickiewiczem „książki zbójeckie”, zmieniające nasze życie, z zakreśleniami i notatkami na marginesie, z widocznymi śladami przebywania w podróżnym plecaku. W liście z maja 1990 roku dziękował mi za książki, które mu przesłałem, w tym za Mertona (Domysły współwinnego widza8; natrafiłem na nią jeszcze w liceum; przygotowała mnie do podróży na Wschód; jedna z tych książek, bez których zapewne nigdy nie spotkałbym Grota; zakładkę włożyłem mu na stronie z cytatem z Lao Tse:

Być wielkim znaczy iść naprzód
Iść naprzód znaczy być daleko
Być daleko znaczy powrócić9.

Wcześniej to on podarował mi książkę Mertona Contemplation in a World of Action. Miała zagięte rogi kartek, na które chciał zwrócić mi uwagę. W notesie znajduję wypis z tej, na której Merton cytował jednego z Ojców Pustyni, Pachomiusza, nauczającego, że najpierw trzeba zrobić, a potem mówić; że słowo poczyna się z działania10. I nie chodzi tu o udział w inicjacji czy przejmowanie czyjejś mądrości. Chodzi o to, by tym, którzy pragną nauczyciela, nic nie mówić, tylko żyć tak, jak to potem przekazane zostanie w słowach – „…stań się dla nich przykładem, nie prawodawcą”. I słyszę Grota, jak mówi do mnie Mickiewiczem:

W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potęgę;
Trudniej dzień dobrze przeżyć niż napisać księgę.

Inna „książka zbójecka” od Grota dotarła do mnie za pośrednictwem Magdy Złotowskiej – Life is real only then, when „I am”. Odnalazłem w niej ślady opowieści o pamiętaniu siebie. Choć dotyczyła życia i idei ormiańskiego mędrca, we mnie osadziła obraz samego Grota, być może z ziarnem tej samej esencji, o której on pisał w Performerze w odniesieniu do fotografii starego Gurdżijewa siedzącego na ławce w Paryżu. Gdy słuchałem, jak mówi, nabijając sobie fajkę, o trzech niemal śmiertelnych ranach zadanych Gurdżijewowi przez błędne kule, myślałem o jego chorobach i życiu wciąż wymykającym się śmierci, acz nieustannie biegnącym w jej cieniu. Ulepiony jestem z tej samej gliny co oni, Wędrowcy Wschodu. To znaczy, że w momencie uderzenia przez świetlisty dźwięk, za którym może stać napotkany człowiek, zwierzę, sen, wiersz, widzenie, książka, pieśń, film, a czasem zwykły przedmiot nasączony pamięcią albo blaskiem, do serca człowieka przenika przemożna potrzeba wyruszenia do miejsca, gdzie bije źródło tego dźwięku, przeniknięcia w tajniki geomancji, położenia się tam na ziemi, rozpalenia ognia, dotknięcia kamienia, włożenia kamyka do kieszeni, zanurzenia się w medytacji, wzniesienia modlitwy o nic nieproszącej tylko czuwającej nad intencją, przespania nocy, przeczytania słów tam zrodzonych, zagajenia sąsiadów lub napotkanych podróżnych, złożenia sobie obietnicy, przyzwolenia na rozszerzenie.

Gurdżijew, poszukiwacz Simurga, ptaka pijącego ze źródła początku, rozpoczął podróż wtajemniczenia na Krecie, jeszcze pod koniec XIX wieku, po pierwszym zranieniu. Nie on decyduje o przebiegu wędrówki. Niosą go okoliczności, na które nie ma wpływu, nieznani mu ludzie, uzdrawiacze i „poszukiwacze pereł w stercie gnoju”. A gdy tylko staje na własnych nogach, daje się ponieść nieodstępującej go idée fixe. Przez Jerozolimę, Rosję, Kaukaz, Azję Centralną, Tybet, pustynię Gobi…

Na tę nocną opowieść Grota nakłada się poranna, przy śniadaniu. Siedzimy przy wspólnym stole w Gardzienicach. On nic nie je, ma za to usypaną małą piramidę tabletek do połknięcia, bardzo kolorowych, kuszących nasze nawykłe do peerelowskiej szarzyzny oczy. Czekamy, aż podzieli się z nami, podobnie jak w poprzednie dni, którąś z opowieści chasydzkich spisanych przez Bubera. Pojawia się Widzący z Lublina. Był piątek, podróżował z uczniami do miasteczka, w którym czekali na nich chasydzi. Byli już blisko, spiesząc się, aby zdążyć przed początkiem szabatu, gdy dotarli na rozdroże. Nie wiedzieli, w którą stronę skręcić. Cadyk powiedział do woźnicy, żeby popuścił uzdę koniom: „Niech one nas prowadzą”. Wkrótce dotarli do miasteczka, ale nie tego, gdzie ich oczekiwano. Widzący powiedział wtedy: „Teraz już lepiej nie nazywajcie mnie cadykiem”. Pod koniec opowieści okaże się, że wędrując w ten sposób, błądząc i dając się prowadzić mocom wolnym od własnej woli, Widzący znajdzie nauczyciela. Merton w Domysłach współwinnego widza11 przywołuje Księgę Mądrości, a za nią tych, którzy planując podróż przez morskie odmęty, zamiast zdać się na okręt zbudowany dzięki ludzkiej wiedzy, acz również z myślą o zysku, wzywają na pomoc drzewo bardziej kruche, acz takie, za sprawą którego dokonuje się sprawiedliwość – dzięki niemu dotrze do celu nawet ten, kto bez umiejętności puścił się na morze.

*

Zdaje się, że moi sąsiedzi w Uhrturm położyli się już spać. Im głębszą ciszą owija się noc, im gęstszą się staje, tym mocniejsza rodzi się we mnie potrzeba rozmowy z Grotem, tym bardziej myśli stają się trzeźwe, tym mniej kleją się oczy, zwracając wyostrzone spojrzenie do wewnątrz. Zbliżam się do ostatniego etapu podróży Gurdżijewa, już po trzecim zranieniu. Na mapie pojawia się Zakaukazie, tunel w Czatiurze w Imeretii w zachodniej Gruzji, Tyflis, przybysze z Chewsuretii i Gurii nad Morzem Czarnym, Baku, a potem Aszchabad i Azja Centralna, Buchara i Samarkanda, Andiżan, aż po Turkiestan Chiński. Niemal we wszystkich tych miejscach byłem w ostatnich latach, pracując nad odradzaniem „tkanki łącznej” na postsowieckich pograniczach jako wysłannik „Pogranicza” oraz programu kultury w Open Society Institute w Budapeszcie. Nie zawsze miałem szczęście spotkać takich ludzi jak Levan Khetaguri, który w Tbilisi prowadził mnie po śladach założyciela Instytutu Harmonijnego Rozwoju Człowieka, mającego tutaj swój początek, ale z książką Gurdżijewa się nie rozstawałem.

Przez cały ten czas pamiętałem o miejscu na skraju pustyni Gobi, które on nazwał „czyśćcowym” i które – od chwili, gdy opowiedział mi o nim Grot – nie dawało mi spokoju. Styk matecznika urodzaju, wibrującej od życia bujnej natury, z kamienno-piaszczystą, ciągnącą się tysiącami kilometrów pustką. Gurdżijew powraca tu do zdrowia; z grupy lekarzy i opiekunów towarzyszących mu w wędrówce pozostają tylko Tybetańczyk i Karakirgiz. Są spakowani, nazajutrz mają wyruszyć w dalszą podróż. Noc spędza na samokrytycznej bitwie z myślami o życiowych błędach, przerażającej go wewnętrznej pustce i poszukiwaniach prawdy o sobie i świecie zakończonych klęską. O świcie idzie do źródła na skraju pustyni, obmywa się zimną wodą i skrajnie wyczerpany kładzie na ziemi. Wtedy właśnie poczuł „smak” idei, która wyleczy go z wewnętrznego upadku i poprowadzi ku rozumieniu zmieniającym jego życie.

W sercu dramatu, z którym mierzył się Gurdżijew, leży świadomość, że nie pamiętamy siebie. Pracując nad sobą, osiągamy wejrzenie w to, kim prawdziwie jesteśmy, co jest w nas świetliste, owocujące wewnętrznym dojrzewaniem. Wystarczy jednak powrót do życia między ludźmi, zderzenie z realiami codzienności, a wszystko to tracimy, zapominamy siebie. Kto raz wstąpi na ścieżkę poznania, wsłuchania się w głos wewnętrzny, przebudzenia zmysłu gnozy źródłowym pytaniem „kim jestem?”, ten doskonale rozumie ten dramat, który dla mnie pozostaje nierozerwalnie złączony z osobą Grota.

Od niemal zawsze nie daje mi spokoju myśl o ludziach ćwiczących ciało, rozum i duszę, religijnych i świeckich, wierzących i niewierzących, uczestniczących w rytuałach, modlących się, uprawiających jogę albo tai chi, zgłębiających tradycje duchowe poprzez teatr albo akademię, zmagających się ze śmiertelną chorobą bądź ryzykujących życiem podczas wojny, wygłaszających mowy na pogrzebach, łamiących się opłatkiem lub wymieniających uścisk dłoni w miejscach pamięci o zbrodniach ludzkości. Myślę o momentach duchowej podniosłości, kiedy do głębi czujemy, kim chcielibyśmy być, o chwilach wynoszących nas ponad siebie. A potem światło przygasa i już nie jesteśmy pewni, czy to realnie się wydarzyło, czy rzeczywiście tacy byliśmy/jesteśmy. Dopada nas okropne, kapitulanckie stwierdzenie „zawsze jest, jak było”. I powracamy do „normalności”, jakby to ona właśnie stanowiła ostateczną prawdę o nas. Jakbyśmy w nieskończonej powtarzalności inkarnowali się w żywot bohaterów opowieści Hermanna Hessego o podróży na Wschód, którzy zwątpili w to, że kiedykolwiek w niej uczestniczyli, że była rzeczywistą podróżą, a nie mrzonką oderwanych od życia idealistów. Wracamy do małości i tchórzostwa, zawładają nami na nowo nienawiść i otępiająca acedia. Duchowy guru okazuje się człowiekiem przemocowym, charyzmatyczny filozof wyznawcą rasizmu, artysta z laurem sławy poplecznikiem ludobójczego reżimu. Dotyczy to nie tylko osób na publicznym świeczniku, także innych wyznawców religii i nauki, miłośników książek i wytchnienia na łonie natury, praktykantów najrozmaitszych technik wewnętrznego rozwoju, chorych powracających do zdrowia i wojowników smakujących życie w pokoju. Doprawdy, wszystko znika? Żadnej esencji osadzonej przez przenikające nas światło? I skąd ta esencja u Grota?

Gurdżijew pisze o zawładających go na powrót słabościach własnej natury, w dużej mierze dziedziczonych oraz o niemożności przejawiania się w codziennym życiu wskazań skoncentrowanej świadomości. Nawet wtedy, na skraju pustyni Gobi, nawiedzające go ideały prawdy i dobrego życia ulegały zmianie, nakierowując jego myśli i uczucia na przedmioty diametralnie z nimi sprzeczne, takie jak impuls zemsty, potrzeba zaspokojenia miłości własnej, fizyczna rozkosz czy zawiść. Odkrywa wtedy, że aby pamiętać siebie potrzebuje szczególnej mocy, wyodrębnionej z procesu współegzystowania z innymi ludźmi, służącej mu – poprzez ciągłą uwagę – za nieustające przypomnienie. Tym czynnikiem przypominającym staje się świadomość istnienia zła w świecie w postaci „zasady zaprzeczenia”, w niektórych tradycjach nazywanej Szatanem. Dochodzi do tego pewność, że konieczne jest udrożnienie energii pamięci. Aby to nastąpiło, człowiek potrzebuje odwagi wyrzeczenia się zdobyczy, dzięki którym osiągnął splendor i wpływ na ludzi. Gurdżijew decyduje się zrezygnować z mocy, którą długoletnim, wewnętrznym wysiłkiem wypracował, nazywanej przez niego heanbledzoin, a objawiającej się właściwościami telepatii i hipnotyzmu. Dzięki tej mocy mógł być dla innych nauczycielem i przewodnikiem poprzez zawładanie ich życiem i panowaniem nad ich świadomością. Dzięki niej odnosił w życiu codziennym wielkie sukcesy, zdobywając graniczące z kultem uwielbienie wśród wyznawców. Ostatecznie jednak fuzja ta okazała się bardzo dla niego niebezpieczną, gdyż za jej sprawą zasiały się w jego naturze (w jego „automatycznym funkcjonowaniu”, jak to nazywał) rozmaite słabości charakteru, uniemożliwiające pamiętanie siebie.

Gurdżijew-nauczyciel rezygnuje z mocy panowania nad uczniem i zawładania jego życiem. Owa heandbledzoin to subtelny rodzaj energii, którą człowiek uzyskuje, pracując nad sobą i w ten sposób nie pozwalając przepaść bez śladu „surowym” energiom, przyswajanym poprzez jedzenie, promieniowanie słoneczne czy przyjmowanie darów, w tym również emocjonalnych. Wyrzeczenie się ich użycia dla spraw opromienionych światłem lux, nie wyklucza innego ich wykorzystania, zwłaszcza dla uwolnienia lumen. Grot w ostatnim okresie życia z oddaniem pracował nad energiami subtelnymi. Pomoc w docieraniu do nich i w pracy nad ich przekazem stanowiła istotę tego, czym Nauczyciel miał służyć Performerowi. Dlatego stawał się Ciemnym dla szukających światła. Ślad Ciemnego odnajdywałem w opowieści o Gurdżijewie, prowadził mnie przez Apocalypsis cum figuris i dalej do źródeł, do Ewangelii, do mądrości rozumu transcendentnego.

Widziałem performerów w akcji, ludzi zaangażowanych w praktykowanie wskazań Nauczyciela, czytających jego teksty i próbujących wcielać w życie jego idee. Bardzo często kończyło się to jedynie na zapowiedzi czegoś więcej, na – w najlepszym razie – przebudzeniu oczekiwania na spotkanie, które w bliżej nieokreślonej przyszłości przyniesie ze sobą pamiętanie siebie, osadzając esencję w praktykantach tych działań. Wspaniałe było to przebudzenie oczekiwania. A jednocześnie rzeczywistość uzmysławiała nagi fakt życia zanurzonego w kulturze wygnania i zapomnienia, w której wolność twórcza i radykalny ekshibicjonizm próbują zakryć prawdę o „niepamiętaniu siebie”. I w tym właśnie, może najważniejszym dla mnie sensie, Grot był kontr-kulturowy. Nie znałem go z chwil uwznioślenia ducha, z pracy teatralnej, z parateatralnych działań w Brzezince albo z publicznych oracji, nie pielgrzymowałem z nim do Maharishiego ani do Paryża, aby wysłuchać jego wykładu w Collège de France. Zdaję sobie sprawę, że miał – jakżeby mogło być inaczej – chwile zbłądzenia i utraty siebie. Doskonale rozumiem wściekłość Lecha Raczaka, gdy dowiedział się, że „mistrz” udzielił wywiadu w reżimowej „Trybunie Ludu” w 1979 roku. I zgadzam się z Leszkiem Kolankiewiczem, uważającym, że decyzja Grota, by poprosić o azyl polityczny w Ameryce była zupełnie niepotrzebna, kłamiąca rzeczywistości, wskazująca na jego zagubienie w pierwszym okresie emigracji. Musiał mieć w życiu wiele nocy podobnych do tej, którą Gurdżijew przeżył na skraju pustyni Gobi, kiedy człowiek nie pozostawia na sobie suchej nitki i widzi drogę, jaką przebył, usianą porażkami i masą błędów.

Nie znając Grota z „wielkiej sceny” i będąc świadomym jego słabości, pamiętam inną jego obecność. Pamiętam go pośród widowni naszego Spektaklu Wieczornego, w którejś z wiosek koło Jeleniej Góry, zamieszkałej przez Łemków; albo podczas śniadania przy gardzienickim stole; podczas cichych rozmów w nocy; w barze dworca kolejowego; podczas spaceru przez łąkę do miejsca, gdzie miałem widzenie (jemu jednemu się z niego zwierzyłem, a potem zakopałem je głęboko w ziemi); i raz tylko na publicznym, acz zamkniętym spotkaniu we Wrocławiu, podczas którego przedstawiał nam Thomasa Richardsa. Zawsze czeladnik w obliczu króla, wyciszony, uważnie wsłuchany, nie narzucający się, patrzący głęboko w oczy, przyjacielski. I zawsze, tak… pamiętający siebie.

*

Ogarnia mnie nagły przypływ energii, w kontraście ze spokojnym oddechem nocy. Wstaję z łóżka, zaczynam chodzić po pokoju, nie lękając się, że spłoszę obecność zmarłego przyjaciela. Wręcz przeciwnie, odczuwam jeszcze większą bliskość, jak wobec człowieka, z którym przeszło się niemały kawałek drogi. Robię sobie herbatę, notuję myśli, jakby to były sny zagrożone zniknięciem po przebudzeniu.

Musi istnieć jakaś inna tajemnica pamiętania siebie. Inna niż ta ukryta w metodach i technikach zalecanych przez Nauczyciela, dających jej możliwość ujawnienia się w pięknie dramatu obiektywnego albo rytualnej akcji. Zastanawiam się, jakie znaczenie dla tej tajemnicy może mieć to, że pamiętający siebie Grot – właśnie taka jego obecność przy mnie – sprawiał, że samemu wychodziłem z zapomnienia siebie, stawałem się lepszym i bliższym tego, co we mnie świetliste; że przypominałem sobie o swoim królewskim pochodzeniu. Nie można chyba pamiętać siebie w samotności, odcinając się od ludzi, wyobcowując ze wspólnoty żywych i umarłych. Zdaje się, że natrafiam tu na jeszcze jeden, bliski mi bardzo, kontrkulturowy rys Grota. I to w kontrze do tych trendów w kulturze, które podróż w głąb utożsamiają z odwróceniem się od świata i wzgardą dla życia zbiorowego. Etos współistnienia z innymi podważa „zasady zaprzeczenia”, trzyma naszą uwagę w napięciu oderwanym od miłości własnej.

Gurdżijew w cieniu zbliżającej się śmierci, grający na indyjskim harmonium. Takim przywołuje go Grot w rozmowie z Peterem Brookiem i Michelem de Salzmannem z 1991 roku12. Oto „rodzaj wulkanu”, zbliżający nas, zanurzonych w egzystencji pod dyktatem konieczności życiowych, do innych siebie. „To jest stara modlitwa do płaczu” – mówił o swoich improwizacjach Gurdżijew. Z pewnością są jedną z najpiękniejszych pamiątek, które nam pozostawił. I o tym chce rozmawiać Grot. Uderzyło mnie, jak uparcie stara się studzić niejako wielkie tematy i słowa zawarte w pytaniach z tej rozmowy. Zamiast rozmawiać o Fragmentach nieznanego nauczania Piotra Uspienskiego, jak czynił to wcześniej, pasjonując się metodami i technikami, teraz prowadzi swoją refleksję ku „niezwykle naiwnej książce niejakiej pani Irmis Popoff”, która okazuje się dla niego ogromnie ważnym świadectwem, chwytającym rysy osobowe człowieka, skoncentrowanym nie na tym, co myślał i o czym pisał, ale jak żył. I z tej perspektywy nagle okazuje się, że nieprawdziwe jest twierdzenie, iż Gurdżijew nigdy nie ukończył widowiska/chorei Walka Magów, bowiem ciągle ją toczył i realizował poprzez pracę nad Ruchami z innymi ludźmi.

Podobnie Grot oddaje szacunek Madame Uspienski, w środowiskach „wtajemniczonych” postaci drugoplanowej, czasem traktowanej z przymrużeniem oka. Tymczasem, jak wyznaje, to właśnie w książeczce rozmów z nią, zaledwie piętnastostronicowej, odnajduje prawdziwe świadectwo pamiętania siebie, gdyż Madame Uspienski mówi o ideach w sposób, który dowodzi ich „robienia”. Jej mąż Piotr żył w świecie koncepcji i nazywania rzeczy, podczas gdy ona troszczyła się o ich praktykowanie, wręcz „zmuszała ludzi do pracy”. Książkę Piotra Uspienskiego Grot uznaje za pouczającą, wskazując jednocześnie, że może okazać się destruktywną w sytuacji, gdy pozostaje się na poziomie samych idei i żonglowania nimi. Dlatego woli obcować z Gurdżijewem jako człowiekiem pełnym namiętności, gdyż ten „rodzaj wulkanu” może nas ustrzec przed myśleniem formatywnym, sprowadzającym idee wyłącznie do wymiaru intelektualnego. Blisko mu do starego Uspienskiego, który mówi bardzo niewiele i podsumowuje swoje życie szokującym dla zwolenników „czwartej drogi” wyznaniem, że nie ma żadnego systemu.

Wertykalność zwykle traktujemy jako zwrócenie się ku górze, ku transcendencji. W istocie jednak jest to oś, owszem, przeciwstawna horyzontalnej, ale dwukierunkowa. Pozbawiona tej złożoności, skierowana tylko ku niebu, traci rację bytu. Wydobywanie się ponad siebie i ziemskie uwarunkowania, dosięgnięcie higher connections jest niewątpliwie cennym owocem duchowego trudu. Być może jednak trudniejszym wyzwaniem jest sprowadzenie wypracowanych w ten sposób subtelnych energii oraz wydobytych z ciemności iskier światła na ziemię, w życie tu i teraz, w strumień codziennej egzystencji, w rzeczywistość współistnienia z innymi. I być może nie przypadkowo na tym najtrudniejszym a zarazem najbardziej życiowym odcinku wertykalności Grot przywołuje świadectwa kobiet.

Esencja osadza się w ciele, żywi ją bycie, przez które przeziera pamięć i sumienie. Pamięć esencji jest starsza od naszej osoby, którą rodzimy i rozwijamy w procesie działania, wyposażając ją w pamiętanie tego, czego za życia doświadczyliśmy. Pamięć esencji przynosimy na świat ze sobą. Istnieje w nas niczym drugie dno, zawsze do odkrycia, do przypomnienia. Drugim płucem esencji, nierozdzielnym od pamięci, jest sumienie. Nie cieszy się ono respektem ani popularnością w kulturze współczesnej. Jest w istocie kontrkulturowe. Myślę, że to właśnie miał na myśli Merton, gdy pisał, że doszedł do przekonania, iż „opieka nad duszą wymaga wyższego stopnia oporu wobec obecnej wokół nas kultury z tego prostego powodu, że kultura ta skupia się na wartościach, które nie mają znaczenia dla duszy”13.

Pamięć i sumienie słychać w modlitwie do płaczu starego Gurdżijewa. Ukorzenione w esencji, stanowią o naszym pamiętaniu siebie. Prowadzi nas ono aż tak daleko w nieznane, że zaczynamy powracać. Jest z nami w tej drodze Simurg. Taka też była obecność Grota. Właśnie obecność. To słowo może najwierniej oddaje nasze spotkanie. Również w tę pustą noc. Nie tyle dzieło, nie idee i nie trofea. Obecność, świetlista i wibrująca subtelną energią. Przekracza horyzont osoby i jej ziemskich zdobyczy. Sięga początków, łączy ciało z esencją, a wszystko, co jest działaniem, staje się śpiewne. Nie na scenie czy w miejscu rytualnego ofiarowania, nie wobec widzów czy świadków, lecz w rzece, w której wspólnie jesteśmy zanurzeni, unoszącej „wszystkie nasze dzienne sprawy”, i nocne, i nocne…

*

W rozmowę z Grotem zaczyna wlewać się rzeka. Zagarnia nas, jak kamienie z brzegu, jak szemrzące poniki. Płynie pod prąd rozdzielenia, również życia i śmierci. A my, „sterujący z rzadka zanurzeniem wiosła”, wciąż się zbliżamy, nie tylko do siebie… Zawsze „twarzą zwrócony do rzeki”14. I ponownie słowa Miłosza dają się słyszeć w obecności Jerzego. Gdy spogląda teraz na mnie, widzę w jego oczach odbicie rzeki. Milcząco naprowadza naszą rozmowę na tajemnicę mostu. Otwieramy Fabula rasę. I tak jak przed laty zatrzymujemy się na moście. Przypominam sobie.

Poetycko-filozoficzny traktat o człowieku-nikt Sted otwiera dość niezwykłym obrazem mostu. Pytanie o to, kim jestem milknie, przemieniając się w obraz rzeki-życia: „Piękna, nieporównywalna, niepowtarzalna, zawsze nowa a nieprzemijająca”. Tajemnica tej metamorfozy tkwi w tym, że nad rzeką wznosi się most, „arcydziwaczny”, którym jest człowiek: „Most, który nie wie, skąd wziął się, nie wie też, po co wziął się, nie wie, czym jest, nie wie, nad czym, nie wie nic, a wszystko wydaje mu się. Nie widzi ani nawet nie domyśla się płynącej pod nim rzeki życia. Wydaje mu się, że on jest rzeką życia”15.

Oto, czym jest niepamiętanie siebie – mostem, który wznosimy nad ziemią, żyjąc tak, że umyka naszej świadomości płynąca pod nim rzeka; już niepomni, że to z niej jest wyniesienie człowieka, dosięgające drugiego brzegu. Jakby słysząc naszą z Grotem rozmowę, Sted dopowiada jeszcze w Nocie do czytelnika takie oto pouczenie:

Ta książka nie jest do przeczytania. Ta książka jest do odkrycia. Co jest w tej książce do odkrycia? To między innymi, ale przede wszystkim, że każda książka jest zawsze tylko książką; że wszystkie słowa są zawsze tylko słowami, nigdy nie są tym, co – z większym lub mniejszym popisem – usiłują opisać. Ta książka jest opisem czegoś, co jest. To coś to nieśmiertelnie żywe życie. Możesz to odkryć, jeżeli nie utkniesz na słowach, jeżeli nie zachłyśniesz się słowami, nie zadusisz słowami i nie spoczniesz na słowie jak w trumnie. Jeżeli zawieruszysz się dalej, poza słowo, poza grób. Komu w drogę, temu teraz16.

Dokąd zatem prowadzi mnie rozmowa w pustą noc z Grotem? Zamiast ujarzmiać, budowniczy mostu powinien odzyskać utraconą w zapomnieniu i niewiedzy rzekę. Aby uwolnić jej żywioł w swoim działaniu, musi pamiętać siebie. Żywioł ten może jednak porwać go w mroczne odmęty i roztrzaskać czółno bycia o skałę. Dlatego musi on nauczyć się tworzenia w oparciu o wewnętrzną dyscyplinę, z poszanowaniem dla wiedzy, miłością drugiego, uwagą dla tego, co małe, zwykłe i konkretne. Rozszerzenie, za którym kryją się działanie śpiewne i stara modlitwa do płaczu, zawiera w sobie precyzyjną partyturę. Dlatego Grot nigdy nie porzucił teatru, rozszerzał jedynie jego formę i dążył do poznania tajemnicy jego początku.

List Grota, który dotarł do Poznania w maju 1990 roku, dokładnie w czasie, gdy rejestrowaliśmy w sądzie Fundację „Pogranicze”, dotyczył przede wszystkim właśnie tej sprawy. Pisał: „…dziękuję Ci za książki, z Mertonem włącznie, ale szczególnie za to, co powiedziałeś w tej dyskusji drukowanej w «Dialogu», na temat sensu mojej pracy (mówię o dyskusji z 13 IV 1988), «nieusuwania [mnie] z teatru», «niezwykłego wysiłku» etc. To bardzo ważne stwierdzenia i wdzięczny Ci jestem za nie”.

Dyskusja panelowa, którą „Dialog” opublikował pod tytułem Grotowski ciągle tajemniczy17, miała miejsce w pałacu Pod Baranami w Krakowie, a uczestniczyli w niej jeszcze: Jan Błoński, Tadeusz Burzyński, Małgorzata Dzieduszycka, Małgorzata Dziewulska, Zbigniew Osiński i Konstanty Puzyna. „Brook powiedział o Akropolis – mówiłem wtedy – że przez rytm czuł się tam fizycznie obecny z aktorami… Żeby być z kimś, nie trzeba wychodzić poza teatr”. W odpowiedzi na to, że Grotowski „ścierał aktorowi postać graną… a na plan pierwszy wyszły «osobiste» starcia aktorów i ich wewnętrznych problemów” (Puzyna); i że „wtedy zaczyna się coś strasznie trudnego i niebezpiecznego: bezpośrednie działanie człowieka na człowieka” (Błoński); powiedziałem: „Rzeczywiście owa szczerość, bycie w pełni sobą, dwoje ludzi siedzących naprzeciw siebie – to wszystko w końcu mogło okazać się niebezpieczne… Ale to zawsze miał być tylko błysk, mgnienie, coś, do czego się dociera niezwykłym wysiłkiem… Dziś, taka jest moja intuicja, Grotowskiemu nie chodzi tylko o patrzenie sobie w oczy. Patrzenie w oczy to tylko taka klisza kulturowa. Ludzie ze wsi mogą mieć poczucie, że są razem, nie patrząc sobie w oczy, nawet ze sobą nie rozmawiając. Wchodząc do rzeki, też nie trzeba trzymać się za ręce, żeby być razem. Chodzi o rodzaj bliskości, współodczuwania – nie przez dotykanie siebie, nie przez branie siebie nawzajem, tylko przez wejście w coś, co jest wspólne”. Na to Błoński: „Jeśli to tak, to jest panteizm”. Na co Osiński: „Nie tyle panteizm, co panenteizm. Świat nie jest tutaj na sposób monistyczny tożsamy z Bogiem, lecz istnieje on bez reszty «w» Bogu”.

W tym samym piątym numerze „Dialogu” z 1989 roku ukazał się felieton Jana Kotta Dwie strony. Grotowski albo granica. Inspiracją dla refleksji w nim rozwijanej jest ta sama pocztówka niemieckiego wydawcy włożona przez Grota do listu, na której siedzą razem z Brookiem. Znany z tego, że przez lata dystansował się do pracy Grota, Kott pisze teraz o nim nie tylko ciepło i ze zrozumieniem, ale także wnikliwie. W człowieku z fotografii dostrzega prawdziwego rozmówcę. W odróżnieniu od Brooka, który prawie nic nie mówi, a tylko, czujny jak kot, słucha; i w odróżnieniu od Giorgia Strehlera, który sam sobie odpowiada na pytania przez siebie zadawane; „tylko Grotowski jest partnerem do rozmowy”, nie zamieniając jej w zewnętrzny bądź wewnętrzny monolog. Po czym dodaje: „I może dlatego to ostatnie, co chce jeszcze ocalić z teatru, jest spotkaniem. Wzajemnym”.

*

Zbliżam się do tego momentu rozmowy z Grotem, w którym do głosu dochodzi pytanie o wzajemność w naszym spotkaniu. I nie chodzi mi o proste oddziaływanie zwrotne, za sprawą którego ten drugi, świetliście obecny i przekazujący wiedzę, też coś ode mnie otrzymuje. Zapewne tak było, zapewne w maleńkim stopniu, lecz nic o tym nie wiem i niech tak pozostanie. Mam na myśli coś innego, a mianowicie prawdziwe oddanie daru. Wzajemność rozumiem jako pytanie do mnie skierowane: Co z tym zrobisz? Którędy pobiegnie twoja ścieżka? Oto, co chodzi teraz po mnie całym, po myślach i ciele, co do serca puka, pogłębiając ciszę tej nocy. Obecność Grota w moim pokoju na dnie wieży nie jest już tylko wsłuchaniem ani pomocą w ugoszczeniu Mnemozyne, ani towarzyszeniem w snuciu opowieści, ani odpowiedzią na pytania; staje się pytaniem samym, skierowanym do mnie. Droga w dolinie pustej nocy nie prowadzi już do źródła, ale szuka przecięcia się z drogą wyjścia, biegnącą od początków w nieznane.

Za oknem jest jeszcze ciemno, lecz gdy wychodzę z wieży, dostrzegam pierwsze powidoki świtania. Potrzebuję przejść się alejami parku. Proszę Grota, żeby dał mi trochę czasu i poczekał na mnie. Powracam lekko przemarznięty, zaparzam herbatę, w kubku rozpuszczam łyżeczkę lipowego miodu.

Aby tradycja nie umierała, potrzebne, a nawet konieczne jest przezwyciężenie mistrza. Moi Wędrowcy Wschodu, Gurdżijew a za nim Grot, znali nawet dokładną miarę przezwyciężenia – o jedną piątą… Trochę już wiem o tym, gdzie prowadzi mnie ścieżka, na której spotkania z Grotem pozostawiły głębokie ślady. Reszta jest poszukiwaniem. Wiem, że materią mojej pracy nie będzie ciało, w takim sensie jak czyni to aktor/performer, ćwicząc je w ostrym treningu i z wiedzą o źródłowych technikach doskonalenia psychofizycznego instrumentu przekazu. „Ciałem” w mojej pracy stała się wspólnota ludzi pogranicza, miasteczka, natury, małej ojczyzny. To jej „ciało” pamięta, dziedziczy i czuwa nad ciągłością tradycji. To ono jest naczyniem dla osadzania się esencji. Wymaga cierpliwej opieki, zanurzenia w strumieniu wieloletniego procesu dojrzewania, z którego rodzi się działanie mające znamiona dzieła zbiorowego. Wspólnota to nie zespół, który tworzą wybrani; to każda osoba losem przypisana do miejsca, współistniejąca z innymi, często odmieńcami, bardzo różniącymi się od niej, budująca sąsiedztwo nie z tego, co by się chciało, a co zostało dane. Nic tu po wysokich wymaganiach naszych wybujałych ambicji. W miejsce radykalnych ćwiczeń nad doskonaleniem technik rytualnych, mam czas na zanurzenie się w rzece trwania, czas uwolniony zamieszkaniem pośród ludzi, zakorzenieniem się w oikos, pozostaniem tam, gdzie rzucił mnie los, na życie, na dobre i złe. Tak uczę się ustępstwa.

Merton wspomina gdzieś o zasadzie przez Czuang-tsego zwanej „trzy o poranku”18. Oto mądry człowiek miał pod opieką małpy i uznał, że najlepiej będzie dać im po trzy miarki kasztanów o poranku, a po cztery wieczorem. Ku jego goryczy, nie spodobało się to małpom i codziennie musiał wysłuchiwać ich skarg. W końcu zdecydował się dawać im cztery miarki kasztanów o poranku, a trzy wieczorem. Zadowoliło to małpy. Mądry człowiek musiał przyznać przed sobą, że uczynił dobrze, choć dalej wydawało mu się to irracjonalne, bo przecież dzienna porcja pozostawała ta sama. I tak sprawił, że zamiast zostać uznanym za przegranego, zagościł na wieczność w Prawdziwej księdze południowego kwiatu.

„Ciało” wspólnoty, z którym pracuję, uczy mnie, że to, co wydaje się stratą na początku, może okazać się korzystne w długim trwaniu. Tak stałem się praktykiem idei. Muszę radzić sobie w okolicznościach danych mi przez życie, nie odchodzić od tu i teraz, nie uciekać w odosobnienie, by dotknąć tego, co istotne i głębokie. To w „ciele” wspólnoty żywe jest sumienie, nie pozwalające mi kłamać sobie ani innym. To tutaj rodzi się współodpowiedzialność i współzależność, bez których nie da się budować „tkanki łącznej”. To tutaj musi zrodzić się odwaga wojownika przekraczającego siebie, swoje uprzedzenia wobec innych, odziedziczoną traumę, lęk przed prawdą obwarowany obsesjami, przeradzającymi się w ideologie stanowiące odpowiednik miłości własnej człowieka – nacjonalizmu, religijnego fundamentalizmu czy rasizmu. Wojownik „ciała” wspólnoty musi zdobyć się na wolność otwierania ran, a one, gdy są zbiorowe, trudniejsze są do uzdrowienia od jednostkowych, a co więcej, wymagają dzieła zbiorowego, wysublimowanej formy uzdrawiającego rytuału.

W swoim felietonie Jan Kott pisze tak:

Grotowski długo i uparcie teatr chciał zamienić z powrotem w rytuał. Aż przekonał się, że dla wierzących jest to świętokradztwem, kradzieżą czegoś świętego, a dla niewierzących fałszem i że nawet w biczowaniu Cieślaka ofiara jest tylko aktorstwem19.

Niezależnie od tego, że tak postawiony problem idzie – w moim przekonaniu – za daleko w określaniu odczuć odbiorców dzieła Grota (są jeszcze i tacy jak ja, dla których nie ma miejsca ani pośród wierzących, ani niewierzących), przywołuję słowa Kotta, gdyż odnajduję w nich ślady moich własnych rozterek i przemyśleń. Właśnie gdzieś tutaj, blisko teatru zamienianego w rytuał, odnajduję kładkę przekroczenia mistrza, prowadzącą mnie ku ścieżce biegnącej rytmem moich własnych kroków.

W rozmowach i opisach późnych poszukiwań Grota, tych z okresu Dramatu Obiektywnego i Sztuki jako wehikułu, najmniej dla mnie przekonujące były próby ukazania i wytłumaczenia innego charakteru obecności „widza” zaproszonego do „obejrzenia” – powinienem napisać „uczestniczenia” – w Akcji. Było to ostatnie dzieło, nad którym Grot pracował z zespołem w Vallicelle pod Pontederą. Zobaczyłem film Art as vehicle Chiquity (Mercedes) Gregory, rejestrujący pracę nad nią, a potem, dosłownie przed dwoma laty, samą Akcję (o dziwo film wywarł na mnie mocniejsze wrażenie). Za każdym razem rzecz działa się we Wrocławiu w obecności Grota. W pierwszym przypadku (to był kwiecień 1991 roku) przyjechaliśmy z Sejn z Wojtkiem Szroederem; po wszystkim odbyliśmy rozmowę z Grotem, opowiadając mu o decyzji pozostawienia „Wioski Spotkania” za sobą i wyruszenia w podróż na Wschód w poszukiwaniu miejsca (i wspólnoty) dla stworzenia ośrodka „Pogranicze”. Prawdą jest, że dwa wydarzenia, w których uczestniczyłem, były szczególne, inne niż „zwykłe” spektakle czy pokazy – starannie przygotowana lista uczestników, mocno ograniczona ich liczba (chyba nie więcej niż dwadzieścia osób), indywidualne zaproszenia, żadnych biletów; co się tyczy natomiast pierwszego wydarzenia, uczestników było znacznie więcej, choć i tak pamiętam osoby – te niezaproszone – wspinające się po zewnętrznej ścianie sali projekcyjnej Centrali Wynajmu Filmów, by przez szpary w zasłoniętych oknach zobaczyć, co się dzieje we wnętrzu.

Szczególne, inne niż w przypadku „zwykłych” przedstawień, nie znaczy jeszcze – rytualne, wydarzające się w uświęconych miejscu i czasie. Prawda, Jerzy? A przynajmniej ja czuję to inaczej. Czegoś istotnego brakowało mi, aby odnaleźć w tych działaniach współczesną matrycę „świeckiego rytuału”. Brakowało mi wspólnoty rytuału. Ale nie tej, która rodzi się podczas działania między performerem a uczestnikiem. Tej, w której rytuał osadzony jest jako jej święto, wydarzające się cyklicznie, w obrotach roku albo innych przedziałów czasu. Na takie święto zapracowuje się codziennym cultivare, aż przychodzi ten moment przejścia w wieczne i niezmienne. Członkowie wspólnoty biorą udział w jego przygotowaniu. Nawet jeśli przybywa do nich wykonawca, który poświęcił temu życie, albo grupa zawodowych „odczyniaczy” rytuału, zawsze jest coś do zrobienia na miejscu, i przed, i po. I wiadomo, że za jakiś ściśle określony czas albo z nowej potrzeby, jak obrzezanie syna czy wydanie córki za mąż, bądź upamiętnienie zbiorowego cierpienia lub śmierć współmieszkańca – rytuał wydarzy się ponownie, i to w miejscu, gdzie od pokoleń osadza się jego esencja.

Dla prawdy rytuału szalenie istotne jest zawiązanie, a potem utrzymanie spoiwa między wykonywaną przez człowieka pracą a świętem, w którym uczestniczy. i które jest jego świętem. Dotyczy to wszystkich wykonawców rytuału, również tych, którzy uprzątają liście spod stóp tancerzy, przygotowują posiłek, zbijają ławki do siedzenia, idą w korowodzie, zanoszą bogom intencję… I trudno byłoby tu znaleźć kogoś nieprzynależnego do zbiorowego ciała rytuału. Nawet zewnętrzny obserwator, który chciałby tylko patrzeć i słuchać, z dużym prawdopodobieństwem wcześniej czy później okazałby się do czegoś przydatny, dano by mu szansę przyłożyć dłoń do wspólnej pracy, po gospodarsku zadbano by o to, aby stał się częścią święta, tym bardziej, że w prastarej matrycy rytuału istnieje niezbywalne miejsce dla „obcego”.

W odróżnieniu od festiwalu czy eventu organizowanego przez instytucję kultury, święta nie można sobie kupić. Oferta „kupna” jest w istocie zerwaniem spoiwa pracy i owocobrania. Rytuał potrzebuje czasu i miejsca innych niż prezentowanie działań to tu, to tam. Potrzebuje zanurzenia w rzece życia, płynącej nieprzerwanie. Osadzony jest w pamięci wspólnoty, a też pamięć tę stwarza i stoi na jej straży. Rytuał zna się na pamięć, a dotyczy to nie tylko zawodowych jego wykonawców, także uczestników. Odczyniający rytuał wciela się w postać z wierzeń, mitów i opowieści, która jest od niego starsza i bardziej pojemna. Znaczy to między innymi, że jego osoba, z własnym losem i charakterem inkarnuje się w bohaterze z partytury rytuału, będąc jednocześnie świadomą, że za jakiś czas uczyni to samo ktoś inny. I nawet jeśli jesteśmy świadkami tworzenia się nowego rytuału, to wiemy, że przygotowuje on miejsce dla następujących po sobie wcieleń jego bohaterów. I to w związku z tym rodzi się szczególny proces indukcji między wykonawcami a świadkami, którzy doświadczają w rytuale mocy płynącej z inkarnacji nowych osób, znanych im z sąsiedztwa, z codziennego życia, których bycie napełnia naczynia postaci zadomowionych w zbiorowej wyobraźni wspólnoty. Może najgłębsza tajemnica teatru skrywa się nie w przedstawianiu ciągle nowych opowieści i tworzeniu dla nich nowych bohaterów, a w byciu świadkiem wcielenia osób, które na czas rytuału zamieszkują w mitycznych postaciach i opowieściach osadzonych głęboko w naszej pamięci?

Wiem, wiem, Jerzy… Słowa słowami, ale jak to zrobić? Odpowiadam ci najprościej, jak potrafię. By to zrobić, trzeba zamieszkać z ludźmi; spróbować zbudować swoje miejsce do pracy nie obok albo z dala, lecz pośród. I potraktować to poważnie – to znaczy najodważniejsze marzenie i najgłębszą tęsknotę za innym światłem ulokować właśnie tutaj. Być częścią wspólnoty. W ten sposób staje się ona twoim ciałem. I wszystko, co będziesz usiłował uczynić, będziesz musiał zrobić poprzez nią, z jej udziałem, współtworzeniem, współodpowiedzialnością i wspólnie wyczuwalnym głosem sumienia.

To robię. I to mnie prowadzi. Kierując się głosem wewnętrznym, odnajduję się na linii powrotu. Spotykam na niej Miłosza i ciebie. Idę za wami. Spotykam was ze sobą. Pojawiają się inni w kręgu, grzejemy się przy wspólnym ogniu, uwalniamy pamięć starszą od naszej wiedzy o sobie. A potem coś ciągnie mnie do ciemnego lasu, w którym ścieżka jeszcze nie została przetarta. I to ona prowadzi mnie dalej. Może do przekroczenia mistrza zbędna jest wiedza o tym, dokąd ona prowadzi? Może konieczne jest uwolnienie siebie od pokusy posiadania takiej wiedzy, bo za nią wciąż kryje się uwiązanie do cienia, w którym zaczynało ci już być bezpiecznie i wygodnie? Może, aby wyjść z cienia, trzeba stać się Ciemnym, bo lux oślepia nie tylko światłem splendoru i próżności, ale także figurą mistrza, na którą chciałoby się zawiesić odpowiedzialność za siebie, za poznanie tajemnicy i za pamiętanie, kim się jest?

Zaraz upłynie dziesięć lat od wyruszenia w naszą podróż na Wschód. Zdarzyło mi się już jednak niejeden raz usłyszeć w naszych przedsięwzięciach artystycznych wibrującą pieśń istnienia i poczuć działanie subtelnych energii. Lecz jest coś jeszcze, może coś ważniejszego – mam wokół siebie ludzi, którzy nieomylnie rozpoznają czystość tonu tej pieśni i – nie mówiąc nic – zawsze dadzą mi do zrozumienia, jeśli tylko pojawi się w niej fałsz. Niepostrzeżenie, wraz z upływem lat, staję się praktykantem ciągłości tradycji. A wtedy najmniejsze akcje czy gesty i wszystko wokół, co jest przez niezawiązywane, nabiera cykliczności, przemienia niezależność we współzależność, poprzez powtarzalność w długim trwaniu nabiera precyzji i kunsztu. Rytuał tworzy się jak płócienny obrus, tkany z tylu nici i mający tyle narożników, ile jest żywych istot zasiadających za stołem wspólnoty. Odnajduję w nim „struktury osobiste” i „ziarna organiczności”, o których mówiłeś, naprowadzając nas na ślady prowadzące do sztuki jako wehikułu.

*

Rozwidniło się. To jedna z tych nieprzespanych nocy, po których rześko jest mi na duszy. Wiem, że nie będę musiał jej odsypiać. Potrzebuję tylko posilić się trochę. Ale przed tym czas na poranną medytację. Zaczynam od odczytania na głos wersów z Ewangelii Tomasza:

Niech ten, który szuka, nie ustaje w poszukiwaniu, aż znajdzie. I gdy znajdzie, zadrży, a jeśli zadrży, będzie się dziwił i będzie panował nad Pełnią20.

Wyjście z cienia mistrza to wolność, która niesie ze sobą samotność. Do naszej rozmowy powraca czeladnik, a z nim praca wykonywana z taką gorliwością, o jakiej pisał Mistrz Eckhart:

Trzeba się uczyć, aby w samym działaniu pozostawać (wewnętrznie) niezwiązanym. Dla człowieka niewprawnego jest to jednak przedsięwzięcie niezwykłe, żeby dojść do tego, iż nie przeszkadza mu żaden tłum i żadne dzieło – potrzebna jest tu wielka gorliwość…21.

Jest taka samotność, która zabiera nas z bezludnej wyspy ku spotkaniu. Dziwne, ale przez długi czas zdawało mi się, że książka Mertona, jeszcze jedna z tych zaczytanych, nosi tytuł Każdy jest samotną wyspą. W takiej kulturze wyrastałem, kulturze wolności rozumianej jako życie na własnej i niezależnej wyspie. Grot był jednym z tych, którzy – za Mertonem – uświadomili mi, że nikt nie jest samotną wyspą. Czytam jego dzieło jako manifest kultury dialogu, za którym stoi laboratorium praktyk wcielających w życie mądrość filozofów dialogu. Daleko zaszedł na drodze spotkania Innego.

Wychodząc z cienia mistrza, opuszczam wyspę wygnania i przyjmuję ostatni dar od niego – samotność jak czystą izbę w domu, jak ten pokój w wieży, przygotowane na obecność gościa, na obco-wanie.

Pukanie do drzwi. W progu stoi Dževad z bośniacką kawą. To stało się już naszym codziennym rytuałem – poranny potlacz dla sąsiada: niewielka taca z cyny, na niej przywieziona z Sarajewa džezva z dymiącą kawą, obok kostka rachatłukum, biała fildžan w miedzianym zarfie i szklaneczka wody. Odzywają się dzwony Uhrturm. Wciąż mam poczucie płynięcia pod prąd strumienia czasu, którym włada Chronos. Widzę i wyłuskuję z ciemności okruchy światła pamiętającego rzeczywistość sprzed rozdzielenia na jasne i ciemne, na ty i ja. Wciąż czuję obecność Grota. Kładę się na łóżku, przymykam oczy i czekam. Przywołuję opowieść, którą znałem od zawsze, choć po raz pierwszy usłyszałem ją właśnie od niego. Słuchając go tamtej nocy w Gardzienicach, doświadczyłem anamnezy. Odtąd opowieść ta stała się dla mnie nieodłączną częścią pamiętania siebie.

Swoją opowieść Grot zaczął od prośby, abym wyobraził sobie, że gdzieś we wszechświecie istnieje mój syzygos, oderwany ode mnie i zagubiony mój bliźniak. Kim jest? Pamiętam, że sens tego greckiego słowa tłumaczył jako „świetlisty bliźniak”. Nigdy potem prowadząc swoje własne dociekania, nie natrafiłem na takie określenie. Choć oczywiście u pierwszych chrześcijan wciąż obecny jest „bliźniak”, którym bywa sam Syn Człowieczy, a pośród gnostyków, zwłaszcza walentynian, rozpowszechniona jest koncepcja kosmicznej syzygii, mówiąca o tym, że wszechświat został stworzony przez Boga poprzez złączenie odwiecznych bytów w pary i że istotą jego boskości jest uczynienie z dwojga jednego. Dlatego do Królestwa wejdą ci, którzy mają „zwyczaj czynić dwa jednością i stronę wewnętrzną tak jak zewnętrzną”22. To słowa z gnostyckiego zwoju odnalezionego w Nadż Hammadi, do którego Grot nieustannie powracał. I nieprzypadkowo symbolicznym patronem tej ewangelii jest Tomasz, bowiem w języku aramejskim imię to znaczy „bliźniak”, tak jak w grece Didache, drugie imię przypisywane autorowi Ewangelii Tomasza.

Opowieść Grota nie była jednak zapożyczona z tekstów już istniejących, nie była wykładnią żadnej religijnej doktryny. Była – tak czułem – jego własnym mitem, sięgającym do korzeni, gdzie spoczywa partytura prastarego dramatu, wspólnego nam wszystkim. Opowiadał mi o świetlistym bliźniaku, jakby czytał z niewidzialnej księgi, ukrytej również we mnie. Otworzył ją, jak się otwiera śpiew spod przepony. Mówił o głosie wewnętrznym, zagłuszanym przez nasze „ja”, głosie płynącym pod prąd naszych pożądań i wyobrażeń. O świetlistości, która rozjarza się w nas, gdy dosięgamy początków, w głębi pamiętania siebie. O rozdzieleniu, z którym zostaliśmy wrzuceni w świat. O tym, że jest w nas blizna, przypominająca nam o bliźnięciu, z którym byliśmy zaślubieni. O tęsknocie za utraconą cząstką nas samych. O sensie życia odnajdywanym w podróży ku innemu w nas i zabliźnieniu się z tym, od czego zostaliśmy oderwani. O naszym wygnaniu z jedni. O bezdomności królewskich dzieci żyjących w zapomnieniu. I o locie, który na powrót stanie się naturalnym stanem naszego istnienia, gdy tylko złączymy się w jedno jarzmo z naszym świetlistym bliźniakiem.

*

Rozmawiając o nim między sobą, mówiliśmy Grot. Od tych, którzy z nim pracowali, słyszałem też czasem: Boss. W naszych bezpośrednich rozmowach był po prostu Jerzym. Piotruś Borowski zawsze mówił o nim Jurek. W listach do mnie podpisywał się: Grot.

Widzę go teraz siedzącego przy ognisku. Nie patrzy na ludzi gromadzących się wokół niego. Grube szkła okularów zatrzymują przy nim blask. Wzrok ma napięty uwagą. Wąsko zwarte usta, jak wtedy, gdy intensywnie czegoś dociekamy. Bije od niego ciepłe światło, nagromadzone długim wpatrywaniem się w płomień. Teraz skupiony jest tylko na grocie strzały. Mimo wyczuwalnej koncentracji myśli i całego ciała, jego twarz jest pogodna, przesnuta cichym uśmiechem, przyzwalająca. Zdaje się pomagać mu w pracy. Ostrzy grot. Ruch ręki łączy precyzję z lekkością. Po każdym cięciu, ruch zamiera, a on zamienia się w słuch, wyczekuje.

Człowiek ostrzący grot. W ten sposób zbiera w sobie wszystko. Naciąga łuk, wypuszcza strzałę, trafia celnie, dosięga ukrytych spraw tego świata, również siebie uciekającego. Jeśli nawet błądzi, wobec serca jest uczciwy. Jego mowa jest wyostrzona, bez pustosłowia, w które zawsze może wkraść się kłamstwo. Dochodzi do tego ruch dłoni podążającej za myślą jak za lotem strzały, precyzyjny, tnący powietrze na cieniutkie plastry. Grot strzały jest tak wyważony, że nadaje jej wibrację, pozwalającą przeniknąć ciemną materię i dosięgnąć tego, co subtelne i najmniejsze, wreszcie wbić się w samo jądro konkretu. Grot nie tyle przeszywający, ile zszywający, zawsze w ruchu poszukiwania spoiwa dla rozbitych eonów Życia i Słowa, Prawdy i Umysłu, Milczenia i Głębi. Obejmując to, co rozdzielone na wewnątrz i zewnątrz, widząc na przestrzał wygnanie z pełni i zapomnienie początku, staje się jednym sobą.

To Grot zwrócił mi kiedyś uwagę na fakt, że w języku angielskim bycie samotnym — alone znajduje swój źródłosłów w all one – byciu sobą jednym, w osamotnieniu. Czyż nie to stało się jego losem? Czyż nie o tym chciał mu powiedzieć jego nauczyciel ksiądz Franciszek Tokarz, gdy odmówił przyjęcia zaproszenia na spektakl ucznia? Zapytany przez Grota, dlaczego, miał odpowiedzieć: „Dlatego, że to nie jest ważne. Cokolwiek zrobisz, zamieni się to i tak w pustelnię”23. Taka właśnie była droga Grota do spotkania z Innym – przez zintegrowanie siebie, docieranie do tego, co u początków i – w konsekwencji – pustelnicze osamotnienie w świecie poddanym „zasadzie zaprzeczenia”, z blizną oddzielenia od drugiego „ja” w sobie. Takim go spotkałem – przygotowanym na zaprzyjaźnienie się, tak oddalonym, że zawsze w gotowości do przyjęcia gościny i zawsze służący pomocą pragnącym pamiętać siebie.

Potrzebowałem rozmowy z Grotem, aby lepiej zrozumieć zagadkowe słowa Mertona:

Nie podkreślajcie zanadto faktu, że miłość dąży do przeniknięcia najgłębszych tajemnic kochanego człowieka. Ci, którzy się zbytnio lubują w tej myśli, nie dorastają do prawdziwej miłości, bo niszczą samotność swoich ukochanych, zamiast ją szanować. […] Współczucie i poszanowanie pozwalają mi poznać innego człowieka przez odnalezienie go w mojej własnej wewnętrznej samotności. Odkrywam jego tajemnicę w głębi moich tajemnic… Szanując samotność mojego brata, poznam ją w odbiciu, które ona przez miłość rzuca na samotność mojej własnej duszy24.

Zarzucam kurtkę i wychodzę z wieży. Świat pokryty jest cieniutką warstwą pierzastego śniegu. Oczy mi się mrużą, wypłakują, aż w końcu oswajają ze śnieżnym światłem, jeszcze dziewiczym, niezadeptanym. Schodzę do rzeki. I znowu zatrzymuję się na Mursteg. Patrząc na świat z mostu, uświadamiam sobie, że istnieje jeszcze inny rodzaj samotności. Jest nią potrzeba bliskości z drugą osobą i nakładające się na nią oddalenie. Im bardziej chcę przylgnąć i zniknąć w drugim, bliskim memu sercu istnieniu, tym bardziej ono się cofa. I to sama miłość strzeże tego dystansu, tej samotności, trzymając nas w wiecznym ruchu zmierzania ku sobie.

Posłuchaj o Baal Szem Towie… Jeszcze jedna opowieść Grota powraca do mnie przypomnieniem. Uczniowie pytali Mistrza Dobrego Imienia, dlaczego człowiek swą wiarą i uczynkami mocno przywierający do Boga, zamiast być przez niego udomowionym, doświadcza oderwania i osamotnienia? W odpowiedzi usłyszeli o tym, jak ojciec uczy syna chodzić: wyciąga do syna dłonie i zachęca, aby szedł ku niemu, jednocześnie asekurując go po bokach ramionami; lecz w momencie, gdy syn jest już blisko, ojciec cofa się o krok i znowu o krok, i znowu. Gdybyż nie było między nimi przestrzeni oddalenia i samotności, jakże syn nauczyłby się chodzić?

Pode mną rześko płynie Mura, spływając z gór alpejskich do Drawy i dalej przez Dunaj do Morza Czarnego. Unosi płatki śniegu. Trwają ledwie przez chwilę. Spadając z nieba, jeszcze nie pamiętają, że są rzeką. W powietrzu czuję lot. Niewidzialny wojownik napina łuk. Obejmuje mnie Obecność. Przestrzeń oddalenia i samotności przebija grot świetlistej strzały.

Tekst stanowi fragment książki Krzysztofa Czyżewskiego Dobre słowo na śmierć (Wydawnictwo Austeria, Kraków 2025).

O autorze

  • 1. Zob. rozdz. Widzący, [w:] Martin Buber: Gog i Magog, przełożył Jan Garewicz, Wydawnictwo Naukowe PWN Warszawa 1999, s. 4–7.
  • 2. Zob. Mistrz Eckhart: Kazania i traktaty, przełożył Jerzy Prokopiuk, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1988.
  • 3. G.I. Gurdjieff: Life is real only then, when „I am”, Kegan Paul, London 1978. Wydanie polskie: Życie jest realne tylko wtedy, gdy „Ja jestem”, przełożyła Magda Złotowska, Czarna Owca, Warszawa 2019.
  • 4. O lux i lumen pisze Oskar Miłosz m.in. w traktacie Ars Magna, [w:] Oskar Miłosz: Storge, przełożył Czesław Miłosz, Znak, Kraków 1993.
  • 5. Czesław Miłosz: Ziemia Ulro, Znak, Kraków 2000, s. 53.
  • 6. Książeczka z tekstem Performera nosi tytuł: Centro di Lavoro di Jerzy Grotowski. Workcenter of Jerzy Grotowski. Wydało ją Centro per la Sperimentazione e la Ricerca Teatrale, Pontedera 1988.
  • 7. Zob. Jerzy Grotowski: Wykonawca, przełożyli Krzysztof Czyżewski i Leszek Kolankiewicz, [w:] Czarna Dąbrówka 88. Zdarzenie: Wioska, Spotkania. Teatr – Święto – rytuał, redakcja Krzysztof Czyżewski, Czarna Dąbrówka 1988, druk do użytku wewnętrznego, s. 14–18.
  • 8. Thomas Merton: Domysły współwinnego widza, przełożył Zygmunt Ławrynowicz, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1972.
  • 9. Tamże, s. 172.
  • 10. Zob. Thomas Merton: Contemplation in a World of Action, London 1980, s. 290.
  • 11. Thomas Merton: Domysły współwinnego widza, s. 25.
  • 12. Zob. Rodzaj wulkanu. Rozmowa z Jerzym Grotowskim, [w:] Peter Brook, Jean-Claude Carrière, Jerzy Grotowski, Georgij Iwanowicz Gurdżijew, pod redakcją Jarosława Freta, Grzegorza Ziółkowskiego, Ośrodek Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego i Poszukiwań Teatralno-Kulturowych, Wrocław 2001, s. 41–80; rozmowę przełożył na podstawie wydań angielskiego i francuskiego Grzegorz Ziółkowski.
  • 13. Zob. Thomas Merton: Domysły współwinnego widza, s. 117.
  • 14. Cytaty z wierszy Czesława Miłosza: Rzeki z tomu Hymn o perle (1982) oraz z wiersza W Szetejniach z tomu Na brzegu rzeki (1994).
  • 15. Edward Stachura: Fabula rasa. Rzecz o egoizmie, Pojezierze, Olsztyn 1979, s. 8.
  • 16. Tamże, s. 5.
  • 17. Grotowski ciągle tajemniczy, dyskusja panelowa nagrana dla „Dialogu” 13 kwietnia 1988 roku w Pałacu pod Baranami w Krakowie, udział wzięli: Jan Błoński, Tadeusz Burzyński, Krzysztof Czyżewski, Małgorzata Dzieduszycka, Małgorzata Dziewulska, Zbigniew Osiński i Konstanty Puzyna, „Dialog” 1989 nr 5, s. 114–125.
  • 18. Zob. Thomas Merton: Myśli o Wschodzie, przełożył Andrzej Wojtasik, Homini, Kraków 2003, s. 41.
  • 19. Jan Kott: Dwie strony. Grotowski albo granica, „Dialog” 1989 nr 5, s. 148.
  • 20. Ewangelia Tomasza – Teksty z Nag-Hammadi, z języka koptyjskiego przełpżyła Albertyna Dembska i Wincenty Myszor, ATK, Warszawa 1979, s. 207.
  • 21. Mistrz Eckhart: Traktat o gorliwości, [w:], tegoż: Kazania i traktaty, s. 82.
  • 22. Ewangelia Tomasza, s. 212.
  • 23. Cytat z wypowiedzi Grotowskiego o księdzu Franciszku Tokarzu pochodzi z: Jerzy Grotowski w rozmowie z Marianne Ahrne do filmu „Il Teatr Laboratorium di Jerzy Grotowski” (RAI, 1993); zob. Grzegorz Ziółkowski: Guślarz i eremita. Jerzy Grotowski: od wykładów rzymskich (1982) do paryskich (1997–1998), Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Wrocław 2007, s. 20.
  • 24. Thomas Merton: Samotność wewnętrzna, [w:] tegoż: Posiew kontemplacji. Nikt nie jest samotną wyspą, przełożyła Maria Morstin, Znak, Kraków 1989, s. 345.